poniedziałek, 15 grudnia 2014

Gra pozorów - część 2

  
Przed Wami kolejna odsłona "Gry pozorów". Tę część dedykuję wszystkim tym, którzy są moją bezpośrednią inspiracją i tym, którzy tworzą moje inspiracje, jak również i tym, którzy kiedykolwiek zadali sobie trud przeczytania poniższych treści.


      Kilkanaście dni później stałam z nim ramię w ramię przed bramą posesji, należącej do jego rodziców. Rozejrzałam się wokół. Ogromny dom na wzgórzu, otoczony ogromnym żywopłotem, a wszystko to przykryte warstwą puchatego, białego, skrzącego się w popołudniowym słońcu śniegu. Poprawiłam czapkę, która mi się przekrzywiła. Spojrzałam na przyjaciela, przepraszam, narzeczonego.
   - Pamiętasz wszystko? – zapytał zestresowany.
   Przewróciłam oczami, sądząc, że to powinno wystarczyć mu za odpowiedź. W końcu pamięć miałam wybitnie nienaganną.
       Kiedy wkroczyliśmy do domu, już czekali na nas jego rodzice.
  - Mamo, tato, to jest właśnie Ines, moja narzeczona. – przedstawił mnie oficjalnie, a ja wyciągnęłam prawą rękę, na której widniał pierścionek z brylantem, kupiony przez Adama w przerwie między zajęciami.
   - Witam, kochani. – powiedziała jego matka, z uśmiechem na ustach. – Pewnie chcielibyście odpocząć. Zaraz pokażę wam pokój. – Objęła mnie ramieniem i poprowadziła w stronę obszernych drewnianych schodów. Na piętrze otworzyła jedne drzwi. – To będzie wasza sypialnia. – oznajmiła, po czym odwróciła się i wyszła.

     Zostaliśmy sami. Rozejrzałam się po pomieszczeniu. Łóżko ustawione w centralnym punkcie, przytłaczało resztę pokoju... Zaraz, jedno łóżko?!
   -Jedno łóżko? – wypowiedziałam to pytanie na głos, patrząc na Adama.
   - To akurat mniejsze zmartwienie.
   - Co? – nie dowierzałam jego słowom.
   - Jesteśmy zakleszczeni. Po lewej jest sypialnia rodziców, po prawej mojego starszego brata, który wróci trochę później, a naprzeciwko śpi moja młodsza siostra. Cokolwiek zrobimy, albo nie zrobimy... – zawiesił głos na chwilę. – ...no, będzie słychać.
   - To chyba pozostało nam tylko zgranie erotycznych snów. – spojrzałam na niego wyzywająco wzrokiem, który jasno mówił: „to ty nas wplątałeś w tę farsę, więc teraz myśl”.
      Siedzieliśmy tak bez ruchu kilka minut, aż w końcu ten moment beznadziei przerwał Adam, przysuwając się do mnie.
   - O co ci chodzi? – zapytałam, odsuwając się na bezpieczną odległość i jednocześnie marszcząc brwi. Objął mnie ramieniem.
   - No co, nie przytulisz się?
   - Powaliło cię? Może jeszcze mam cię obcałowywać przy każdej okazji? – rzuciłam z ironią.
   - Wiesz, ja bym się nie obraził, na pewno byłoby to bardzo przyjemne... – powiedział z rozmarzonym wzrokiem, ale ja nigdy nie dawałam się nabrać na te jego słodkie minki.
   - Idź się leczyć! – krzyknęłam i rzuciłam w niego ogromną poduszką, która akurat wpadła mi pod rękę. Przewrócił się na łóżko, ale doskonale wiedziałam, że to był dopiero początek. Podniósł się, podbiegł do mnie, i chwyciwszy w talii, rzucił na mebel. Nachylił się nade mną, a ja już się bałam tego, co mogło mu chodzić po tej, wyglądającej na tlenioną, głowie. Dla bezpieczeństwa ochroniłam twarz rękoma. Ale okazało się, że nie ta część mojego ciała była jego celem. Zaczął mnie łaskotać, a moją reakcją był histeryczny i głośny śmiech, na przemian z coraz to bardziej wyszukanymi przekleństwami, rzucanymi w jego stronę. Podcięłam mu nogi i zwalił się na mnie całym swoim ciężarem. Wtedy chwycił poduszkę i zakrył mi nią twarz. Próbowałam się wyswobodzić z jego uścisku, a on usiłował mnie zniewolić, a efektem tego był olbrzymi łoskot, który rozległ się w całym domu, kiedy oboje spadliśmy z łóżka. Obolała, zrzuciłam go z siebie i wtedy zauważyłam, że ktoś stoi w drzwiach. Szybko wstałam i zaczęłam doprowadzać moją szopę do stanu, w którym można się było pokazać ludziom.
   - Eee... Cześć. – powiedziała drobna blondynka, wciąż stojąca przy drzwiach. – Judyta jestem. – kontynuowała, podchodząc do mnie. – Jego młodsza siostra. – w tym momencie wskazała na osobę, leżącą na podłodze i podała mi dłoń, którą uścisnęłam.
   - Ja jestem Ines. Jego...
   - Narzeczona, wiem. – wpadła mi w słowo Judyta. – Już ci współczuję.
       Przez moment między nami zapadła niewymowna cisza, pełna myśli, nie do końca wyartykułowanych.
   - Chociaż nie. – znów odezwała się Judyta, z przekąsem tym razem. – Bardziej to ja współczuję Anecie.
   - Dlaczego? – zapytałam głównie z ciekawości.
   - Bo ona będzie na waszym przyjęciu... – rozpoczęła swoją wypowiedź siostra Adama, a w rezultacie on sam poderwał się na równe nogi.
   - Co ty gadasz?! – krzyknął, nie potrafiąc powstrzymać swoich emocji.
  - Rodzice nie do końca wiedzieli, czy kogoś ze sobą przywieziesz, więc profilaktycznie zaprosili jej rodziców, ją i jej starszą siostrę. Wiesz którą. – uśmiechnęła się do niego porozumiewawczo. Czegoś tu nie rozumiałam i miałam wrażenie, że pewna część tej historii mnie ominęła.
   - O co chodzi? – zapytałam marszcząc brwi. Oboje zwrócili się w moim kierunku.
   - Mariusz, nasz starszy brat miał się z nią żenić, to znaczy tak chcieli nasi rodzice, ale znalazł sobie inną. On i Karolina też poznali się na studiach. – wyjaśnił mi mój narzeczony.
   - Aha. – mruknęłam tylko, stwierdzając w duchu z całą mocą, że ta cała farsa z narzeczeństwem i ślubem podobała mi się coraz mniej.
   - A ona wie o istnieniu Ines? – zapytał Adam swojej siostry.
   - Z tego co wiem, to nie. Może to i lepiej, bo do przyjęcia wyrwałaby sobie wszystkie włosy z głowy. – orzekła Judyta, śmiejąc się perliście, po czym pożegnała się i wyszła.
   - Polubiła cię. – zawyrokował Adam. – Wiesz, tej Anety ona nie znosi z całego serca.
   - Przynajmniej ona. – mruknęłam, zamyślona, ale mój przyjaciel usłyszał to.
   - Daj spokój. Przecież rodzicom też przypadłaś do gustu.
   - Oczywiście. – moja wypowiedź wprost ociekała sarkazmem. – Ale i tak woleliby przy twoim boku, przed ołtarzem widzieć Anetę. Zresztą, czym ja się tak przejmuję? I tak nie zamierzam brać z tobą żadnego ślubu. – zakończyłam i skierowałam swoje kroki do łazienki.
       Musiałam ochłonąć po tym wszystkim. Bałam się, że nie dam sobie rady z tym całym udawaniem, skoro po niedługim czasie pobytu w rodzinnym domu przyjaciela już się zaczynam rozpadać na kawałeczki. A przecież obiecałam mu pomoc. I wiem, że on na mnie liczy tak, jak prawdopodobnie jeszcze nigdy na nikogo. Dlatego muszę, po prostu muszę wziąć się w garść i się pozbierać w jedną całość. Chociaż miałam ochotę wyjść, powiedzieć mu, że nie potrafię mu pomóc, spakować się i wrócić do swojego domu. Tak by było najłatwiej, ale nie mogłabym potem mu spojrzeć w oczy. Doskonale wiedziałam, że byłam jego ostatnią deską ratunku. No i był czas Świąt Bożego Narodzenia. Okres nadziei dla przypadków klinicznie beznadziejnych. A ten niestety zaliczał się do tej kategorii.
  
      Wzięłam długą i odprężającą kąpiel, po czym ubrana jedynie w czarny szlafrok, który znalazłam w łazience, wróciłam do pokoju. Tam już czekał na mnie Adam, siedzący na łóżku z grobową miną.
   - Wiesz co? – zapytał, jak tylko zamknęłam za sobą drzwi.
   - Jeszcze nie. Więc...? – uniosłam brwi.
   - Miałaś rację. To jakieś szaleństwo. Nie powinienem był cię do tego namawiać. – wyrzucił z siebie na wydechu. W tym momencie zrobiło mi się go żal. Podeszłam do niego, usiadłam i chwyciłam za ręce.
   - Dam sobie radę. Teraz wiem, rozumiem, że to było jedyne wyjście. Poza tym nie byłoby tematu, gdybyś mnie nie zrzucił z tego łóżka.
   - A co jedno z drugim ma wspólnego? – zaintrygował się.
   - Musiałam się porządnie walnąć w głowę. – odpowiedziałam beztrosko, a jego jedyną reakcją był głośny śmiech. Chwilę później dołączyłam do niego.
        Kiedy ogromny ścienny zegar, stojący w naszej sypialni wybił godzinę osiemnastą, ramię w ramię, wciąż spoglądając na siebie niepewnie, zeszliśmy do jadalni, gdzie miała odbyć się skromna kolacja powitalna. Na chwilę zatrzymaliśmy się przed zamkniętymi drzwiami jadalni.
   - Pamiętaj, kochasz mnie i chcesz za mnie wyjść za mąż. – szepnął mi do ucha, przypominając o mojej misji.
   - To trudne, nawet do wyobrażenia, nie mówiąc o zagraniu. – odcięłam się, ale wiedziałam, że jestem w stanie to potraktować, niczym rolę mojego życia.
      Sama uroczystość przebiegała w raczej spokojnej atmosferze. Jej uczestnicy prowadzili swobodną konwersację, jednak ja nie brałam w niej udziału, bardziej trzymałam się z boku i jedynie przysłuchiwałam się wypowiadanym słowom. W ten sposób dowiedziałam się kilku istotnych rzeczy, które mogły mi się przydać w ciągu całego mojego pobytu w tym miejscu. Dowiedziałam się również, że za dwa dni w posiadłości miał się zjawić starszy brat Adama, Mariusz, a jego żona miała przyjechać później, ze względu na rodzinne sprawy i nie wiadomo było, czy zdąży na nasze przyjęcie zaręczynowe. No właśnie, było jeszcze przyjęcie zaręczynowe. Najpierw miała się odbyć uroczysta kolacja, a potem tańce w ogromnym holu, po czym w kulminacyjnym momencie całego tego zamieszania, mieliśmy znaleźć się na samym środku, gdzie Adam miał kurtuazyjnie uklęknąć i poprosić mnie o rękę. Jeśli ktokolwiek zapytałby mnie o zdanie w tej kwestii, to powiedziałabym, że to straszna szopka, w której nigdy nie chciałabym wziąć udziału, ale Adam uprzedził, że takie przyjęcia to rodzinna tradycja. Chociaż z drugiej strony, przekazanie mi pierścionka nie było nawet uprzejme, wiec trochę kurtuazji nie zaszkodzi.

     Siedziałam w pokoju w akademiku, usiłując nauczyć się materiału na kolokwium, które miało odbyć się lada dzień. Skupiona na tej czynności, nie usłyszałam pukania do drzwi, więc za chwilę byłam świadkiem tego, jak mój przyjaciel wręcz wbiega do pomieszczenia, zaskakując mnie kompletnie, po czym rzuca w moją stronę jakieś pudełeczko, które udało mi się złapać z najwyższym trudem. Przy okazji nabiłam sobie kilka siniaków, spadając z łóżka.
   - Przymierz, bo może trzeba będzie zmniejszyć. – rzucił na wydechu.
  - Co? – zapytałam, zajmując się rozcieraniem obolałych miejsc, nie zwracając nawet uwagi na niewielkie, obite granatowym aksamitem, opakowanie, leżące obok mnie.
  - No, pierścionek przymierz! Bo jak trzeba będzie zmniejszyć, to muszę się z tym pospieszyć! – podniósł lekko głos, żeby dotrzeć do mojej, lekko zamroczonej upadkiem, świadomości. Spojrzałam na niego, niczym na kretyna, ale ręką sięgnęłam do pudełeczka i otworzyłam je. Ku mojemu zdumieniu w środku rzeczywiście znajdował się pierścionek ze złota z brylantowym oczkiem, które do najmniejszych nie należało. Wciąż siedząc na podłodze, wyjęłam pierścionek i włożyłam na serdeczny palec prawej ręki. Pasował, jak gdyby był wykonany na miarę.
   - Pasuje. – mruknęłam tylko, patrząc na niego spod oka.
   - No, to jesteśmy zaręczeni. – podsumował całą sytuację, po czym wstał i wyszedł.

      Rozważanie wspomnień pochłonęło mnie na tyle, że przestałam zauważać i słyszeć to, co się działo wokół mnie. Otrzeźwiło mnie nagłe szturchnięcie z mojej prawej strony.
   - Ines! – syknął mi Adam do ucha, przywołując mnie do porządku. Zamrugałam kilka razy, intensywnie próbując powrócić do rzeczywistości.
   - Przepraszam. – powiedziałam do pani domu, bo to ona patrzyła na mnie wyczekująco. – Po prostu się zamyśliłam. – dokończyłam swoją wypowiedź, modląc się w duchu, żeby okazało się to wystarczającym usprawiedliwieniem mojego milczenia.
   - Ależ oczywiście. – zaśmiała się pogodnie. – Pytałam, czy ci się tu podoba.
   - Naturalnie. I dom, i okolica są bardzo piękne. Muszę państwu podziękować za zaproszenie, cieszę się, że będę mogła tu spędzić święta.
   - To my się cieszymy, że chciałaś spędzić ten czas ze swoją przyszłą rodziną. – odparł jego ojciec, a ja już wiedziałam, że z tego ślubu, to się tak łatwo nie wywinę. Ale spróbować nigdy nie zaszkodzi.