poniedziałek, 14 września 2015

Gra pozorów - część 3

Okej, wiem, długo mnie tu nie było. Padam do stóp potencjalnych czytelników, błagając o wybaczenie. Trochę prywatnych zawirowań, może odrobinę zbyt mało motywacji, przede wszystkim studia - na szczęście udało mi się ostatecznie z powodzeniem obronić pracę licencjacką, chociaż przyznaję, że jeszcze tydzień przed obroną byłam pełna sceptycyzmu. Co do tekstu znajdującego się poniżej - inspiracje jak zawsze, a zadedykować ten fragment to chyba chciałam każdej osobie na świecie, bo po raz pierwszy od dawna, czytając ten tekst, najzwyczajniej w świecie się uśmiechnęłam i aż zachciało mi się pisać i to bardzo, gdyż uznałam, że mam z tego niesamowitą frajdę. Znowu. I oby trwało to jak najdłużej. 


Pozostałą część wieczoru spędziłam na uprzejmej konwersacji z pozostałymi członkami rodziny. A kiedy już wreszcie odeszliśmy od stołu, rodzice Adama stwierdzili, że wybierają się na krótkie odwiedziny u znajomych, więc wrócą późno. Oboje z ulgą odebraliśmy tę deklarację, bo mieliśmy dość tej napiętej atmosfery, tworzącej się między nami, spowodowanej troską o każdy, nawet najdrobniejszy, szczegół, dotyczący naszego zachowania. Nikt nie mógł się domyślić, że nie w głowie nam żaden ślub.
Usiedliśmy w salonie przed kominkiem, relaksując się przed kolejnymi, z pewnością stresującymi dniami, które nas czekały. Po pewnym czasie tego milczenia, położyłam się na dywanie, wciąż wpatrując się w ogień. Oboje byliśmy pogrążeni w rozmyślaniach, ale postanowiłam przerwać tę ciszę, bo i tak wiedziałam, że myślimy o tym samym.
- Jak myślisz, uda nam się?
- Zależy co masz na myśli.
- I jedno i drugie, Adam. Po pierwsze, czy uda nam się ich przekonać, że naprawdę jesteśmy narzeczonymi, a  po drugie, czy jak już uwierzą i dadzą ci spokój, to czy uda się nam wywinąć od tego ślubu.
Nagle, rozmowę przerwał nam dzwonek do drzwi.
- Spodziewasz się kogoś? – zapytałam wprost.
- Nie, ale mam pewien pomysł, co do tego, kto to może być. Pójdziesz otworzyć? – zapytał przymilnie, a ja w lot pojęłam, co miał na myśli. Zmierzając ku drzwiom, rozpięłam dwa guziki swojej koszuli, a włosy i tak miałam potargane, przez wiercenie się na dywanie. Z rozmachem otworzyłam masywne drewniane drzwi i moim oczom ukazała się dość korpulentna ciemna blondynka, która zmierzyła mnie spojrzeniem.
- O, nowa służąca. – mruknęła niby pod nosem, ale doskonale to usłyszałam. Czyli to jest ta słynna Aneta, przed którą mój przyjaciel uciekał, gdzie pieprz rośnie. Już ja ci dam służącą! – Jest Adam? – zapytała trochę głośniej.
Prześladowcy, a więc wrogowie moich przyjaciół są moimi wrogami. Odgarnęłam loki z czoła, ręką, na której błyszczał pierścionek z brylantem. Odwróciłam głowę i krzyknęłam:
- Adam, kochanie! Jakaś dziewczyna do ciebie!
Miałam tylko nadzieję, że mój przyjaciel popisze się fantazją i muszę stwierdzić, że nie zawiodłam się ani trochę. Kiedy pojawił się w drzwiach miał niemal całkiem rozpiętą koszulę, ostentacyjnie poluzowany pasek od spodni, a ponadto lekko zarumienione policzki. Objął mnie czule w talii, a dopiero potem spojrzał na nią.
- O, Aneta. Cześć. – powiedział bez zbytniego entuzjazmu. – Widzę, że już poznałaś Ines. Jest moją narzeczoną, w lecie się pobieramy. – po tych słowach odwrócił się do mnie i obdarzył maślanym spojrzeniem. – Kotek, Aneta jest córką przyjaciół moich rodziców.
- Naprawdę, miło mi cię poznać. – uśmiechnęłam się do niej, wiedząc, że dziewczę mnie jeszcze popamięta. – Chętnie byśmy cię zaprosili do środka na herbatę, czy coś w tym stylu, ale wiesz... byliśmy trochę zajęci. – dokończyłam, spoglądając na nią znacząco.
Zatkało ją. Spoglądała to na mnie, to na Adama, nie wiedząc co odpowiedzieć. Ja z kolei patrzyłam na nią wyczekująco. Po chwili zrozumiała moją niemą aluzję, bąknęła coś o tym, że przyjdzie innym razem, a następnie odeszła. Zamknęłam za nią drzwi i odwróciłam się do Adama.
- Jak myślisz, będzie zaglądać przez okno? – zapytałam, choć nie do końca byłam skłonna w to uwierzyć. Byłam w stanie dać wiarę wielu rzeczom, ale nie czemuś takiemu.
- Z pewnością. – potwierdził moje przypuszczenia. A jednak. Widocznie nie znam się na rozpieszczonych dziewczynkach, pochodzących z bogatych rodzin.
- No, to na co czekasz? Show must go on. – powiedziałam, mrugając porozumiewawczo, po czym zaciągnęłam go do oświetlonego holu, niemalże pod samo okno, po czym wpiłam się w jego usta. – Po prostu improwizuj. – szepnęłam, a potem przywarłam do niego całym ciałem i, poddając się jego pocałunkom, zsunęłam koszulę z jego ramion. – A teraz weź mnie na ręce i udawaj, że niesiesz do sypialni. – podpowiedziałam mu kolejny krok, a on spełnił moją prośbę.
Kiedy znaleźliśmy się już na piętrze, mój przyjaciel, wciąż znajdujący się w stanie euforii, podniósł mnie i okręcił się dookoła własnej osi, a kiedy już postanowił, że zwróci mi grunt pod nogami i poczucie równowagi, wpił się w moje usta i powiedział:
- Dziękuję. Jesteś wielka, wiesz?
I właśnie wtedy z pokoju wyszła Judyta, a widząc nas, tylko uniosła brwi.
- Następni się będą migdalić. – skwitowała zaistniałą sytuację.
- Już bez przesady siostra, triumf świętujemy.
- Jaki znowu triumf? – zainteresowała się.
- Pierwsze starcie z kategorii Ines – Aneta, zakończone wynikiem 1:0 dla obecnej tu tej cudownej damy, czyli mojej narzeczonej.
- Ines, jemu odwaliło. Kompletnie. – zwróciła się do mnie. – Ale to znaczy, że załatwiłaś naszą kochaną Anetkę koncertowo.
- Może i tak. – stwierdziłam spokojnie. – Ale ja się dopiero rozkręcam. – dokończyłam łobuzersko.
- Coś ty jej zrobiła?
- Otworzyłam jej będąc w takim... – w tym momencie ukazałam jej moją postać i ubiór – stanie, potem przyszedł Adam, wyglądając może tylko odrobinę bardziej przyzwoicie i powiedziałam, że miło mi ją poznać i z chęcią bym zaprosiła ją na herbatę, ale byliśmy trochę zajęci.
W tym momencie siostra mojego przyjaciela zaczęła się śmiać i przez kilka dobrych minut nie była w stanie się uspokoić.
- Judyta, przyniesiesz z dołu moją koszulę? – zapytał ją Adam, a ona zwróciła się wtedy do mnie:
– Tylko z szacunku dla mej mistrzyni.

***

            Pojęcia nie mam co mnie obudziło nad ranem. Powoli otworzyłam oczy i rozejrzałam się uważnie. Wciąż było ciemno, więc nie widziałam niemal nic. Leżałam na łóżku, a obok mnie Adam, na szczęście w bezpiecznej odległości. Musiałam spać bardzo niespokojnie, bo poduszka znajdowała się na podłodze, a moje kasztanowe loki były niesamowicie potargane. Podniosłam się i przetarłam twarz rękami, podczas kiedy mój przyjaciel wciąż pogrążony był w głębokim śnie. Nie bardzo miałam pomysł, co ze sobą zrobić. Ale jednocześnie nie chciałam tu tkwić jak jakiś skazaniec, czekający na stracenie. Nie miałam zbyt wielkiego wyboru, więc zamiast kłaść się na łóżku i przekręcać z boku na bok przez najbliższe minuty albo wręcz godziny, poszłam do łazienki, wzięłam szybki prysznic, ubrałam się i poszłam na rekonesans okolicy.
            A ta była piękna. Wprawdzie niewiele mogłam zobaczyć, ponieważ jeszcze nawet nie świtało, ale to w zupełności wystarczyło żebym poczuła się prawdziwie zauroczona. Na samym początku postanowiłam zwiedzić ogród, który choć pokryty grubą warstwą śniegu, zaskoczył mnie swoją różnorodnością. Chwilę spacerowałam odśnieżonymi wąskimi alejkami, prowadzącymi wzdłuż niewysokich krzewów, kiedy nagle skręciłam w miejsce, w którym rosły wiecznie zielone drzewa. W jednym momencie poczułam się tak, jakbym znalazła się w zupełnie innej czasoprzestrzeni. Tu, gdzie byłam, rodzice Adama byli w porządku i nie mieli dziwnych pomysłów, a ja sama nie byłam uwikłana w chory i kłamliwy układ z narzeczeństwem, który dotyczył mojego najbliższego przyjaciela. Jak na złość mój wzrok spoczął na pierścionku zaręczynowym. Wolałabym żeby ręka, na którą patrzyłam należała do kogoś innego. Ale niestety była moją ręką i nic tego nie mogło zmienić. Zaczęłam się zastanawiać nad tym jak uniknąć ślubu. Determinacja rodziców Adama wydawała się nie mieć sobie równych, zwłaszcza, że jeden ich syn już się ożenił. Nawet nie wiem, czy on próbował uniknąć własnego ślubu, bo jeżeli tak to sprawy się bardzo komplikowały. Chociaż ostatecznie mieliśmy na to pół roku, bo data ślubu została ustalona na czerwiec. Nie, żebyśmy mieli jakieś prawo głosu, co nie napawało ogromnym optymizmem.
            Niebo powoli zaczęło się rozjaśniać, przechodząc od czerni, poprzez granat i wszelkie odcienie niebieskiego oraz szarości. Nie miałam pojęcia jak długo tak stałam, oddając się rozważaniom i podziwiając gwiazdy, blednące na nieboskłonie. Z pewnością wystarczająco długo, żeby zdążyć zmarznąć, bo kiedy postanowiłam wrócić do domu, ręce miałam zgrabiałe i przemarznięte do szpiku kości. Spojrzałam ostatni już raz w stronę horyzontu. Słońce powoli szykowało się do wschodu, mogłam nawet zauważyć pierwsze jego promienie, które jednak nie ogrzewały mnie, a co najwyżej oślepiały. Niepewnie stawiałam pierwsze kroki, wychodząc z tego niewielkiego zagajnika, kiedy poruszona przeze mnie gałąź zatrzęsła się, a cały spoczywający na niej śnieg spadł prosto na moją głowę.
- Cholera jasna! – krzyknęłam głośno, nie zwracając uwagi na dość wczesną porę, jednocześnie starając się usunąć jak najwięcej białego puchu z moich włosów, co musiało wyglądać komicznie, ale nie dbałam o to.
Poszłam dalej, starając się nie zwracać uwagi na fakt, że część tego śniegu znalazła się pod moim ubraniem. Co jakiś czas wzdrygałam się z zimna, ale z każdym kolejnym krokiem wydawało mi się, że odczuwam je coraz mniej. Po tym jak nieco oddaliłam się od posesji, należącej do rodziców mojego narzeczonego, podążałam wzdłuż niezbyt szerokiej drogi, która niemal w całości była pokryta niezbyt grubą warstwą śniegu, starając się przybliżyć, do domu, w którym przyszło mi mieszkać przez kilka najbliższych dni. Wciąż byłam pochłonięta rozważaniami na temat tego absurdalnego ślubu i tego wszystkiego, co mnie tu czekało. Jednego byłam pewna – to, co przyniesie przeszłość zaskoczy mnie nieraz i postawi przed dylematami, jakich się nawet nie spodziewam.
Nagle, tuż za swoimi plecami usłyszałam niezbyt głośny warkot, który pochodził z silnika samochodu, jadącego tuż za mną. Nie jestem do końca pewna, czy spowodowało to wciąż przejmujące zimno, czy moje zamyślenie, a może poziom przytomności kierowcy, ale kiedy odwróciłam głowę, to czarne, niezbyt duże auto sunęło wzdłuż drogi z prędkością jednostajną i wcale nie tak niską. Dosłownie w ostatniej chwili zdążyłam uskoczyć na pobocze, przewracając się przy tym i lądując w zaspie śnieżnej. Chwilę później zauważyłam jak koła samochodu przejeżdżają miejsce, w którym jeszcze niedawno się znajdowałam. Pojazd wyraźnie zwolnił, a następnie się zatrzymał. Otworzyły się drzwi i na zewnątrz pojawił się kierowca, który zgotował mi tak mocne poranne wrażenia. Powoli podszedł do mnie i zapytał lekko drżącym głosem, aczkolwiek nie wiem, czy drżenie to było powodowane bardzo niską temperaturą, czy też strachem o to, że omal mnie nie zabił:
- Nic się pani nie stało?
- Nie, chyba nie. – odpowiedziałam cicho. – Chociaż głowy za to nie dam. – ciągnęłam już głośniej, z kwaśnym uśmiechem. Podał mi swoją rękę i pomógł wstać. Kiedy to uczynił, cały czas bacznie mnie obserwował, ale zupełnie nie wiem dlaczego miałby to robić. Ja, tymczasem, zdołałam pozbyć się ze swojego płaszcza tyle śniegu, ile tylko zdołałam. Spojrzałam w jego oczy, które miały bardzo głęboką zielonobrązową barwę, skryte były za okularami i patrzyły na mnie wyczekująco. – Chyba wszystko w porządku. – spróbowałam się uśmiechnąć pokrzepiająco i mam wrażenie, że nawet nieźle mi to wyszło.
- Może gdzieś panią podwieźć? – zapytał, ewidentnie czując się winnym całego tego incydentu. Ale ja już miałam powoli wszystkiego dosyć, chociaż dzień tak naprawdę dopiero się rozpoczął. Chciałam jedynie już w spokoju dotrzeć do domu Adama, założyć suche ubrania i zagrzać się przy kominku. Brak śniadania też dawał mi się we znaki.
- Nie, dziękuję. Chyba jednak się przejdę. – odparłam.
- Ale na pewno wszystko jest w porządku? – indagował, a ja miałam wrażenie, że swoim spojrzeniem, zaraz wypali dziury w moim ciele.
- Tak. – zapewniłam go krótko, a kiedy to nie wystarczyło, zmierzyłam wzrokiem jego postać i dodałam – Po prostu ten dzień nie zaczął się zbyt dobrze.
Po tych słowach wsiadł do samochodu i powoli odjechał. Stałam tak jeszcze przez chwilę, myśląc o tym, co się wydarzyło, aż w końcu zrezygnowana, wolnym krokiem poszłam w stronę domu. Kiedy po kilkunastu minutach zjawiłam się przy czarnej furtce, nacisnęłam klamkę, weszłam, po czym skierowałam się krętą alejką w stronę drzwi wejściowych.
Kiedy weszłam do holu i zaczęłam zdejmować mokry płaszcz i nie bardziej suche czapkę i szalik, podszedł do mnie mój narzeczony wraz ze swoją matką.
- Ines, gdzieś ty była? – zapytał zdenerwowany.
- Byłam przejść się po okolicy. Po prostu obudziłam się wcześniej i wyszłam na krótki spacer. – wytłumaczyłam mu.
- Coś się stało? Masz bardzo mory płaszcz. – stwierdziła pani domu.
- Spadło na mnie trochę śniegu. – wyjaśniłam, ale nie jestem pewna, czy uwierzyli.
- Skoro tak, to chodź, musisz kogoś poznać. – powiedziała już uspokojona matka Adama. Nie miałam na to jakiejś wybitnej ochoty, ale wymagała ode mnie tego kultura osobista, więc chcąc, czy nie, poszłam za nią do jadalni, a wraz ze mną mój narzeczony.
Kiedy wszyscy weszliśmy do pomieszczenia, mój wzrok padł na mężczyznę siedzącego przy stole, który wciąż nie patrzył na nas.
- Ines, to jest mój starszy brat, Mariusz. – wyjaśnił mi Adam, a chwilę później zwrócił się do mężczyzny – Mariusz, to jest Ines, moja narzeczona. – kiedy skończył to mówić, spojrzenia moje i Mariusza się skrzyżowały i oboje zaniemówiliśmy na długą chwilę.
- Jesteś narzeczoną mojego brata? – zapytał, jakby nie dowierzając swoim oczom i uszom.
- A ty bratem mojego narzeczonego? – odcięłam się. – Każdą, którą tu przyprowadzał starałeś się zabić? – zapytałam, kompletnie wytrącona z równowagi i nie zwracając uwagi na nikogo. Moje pytanie zawisło w powietrzu, jak gdyby było bardzo gęstą mgłą.