16 listopada, piątek, godzina 17.10. Siedziałam już w
autobusie i z rosnącą niecierpliwością czekałam, aż autobus opuści dworzec i
wyruszy w kierunku Warszawy. Spoglądałam przez okno, patrząc na tych wszystkich
zabieganych i zajętych ludzi. Tylko gdzieś w oddali można było dostrzec osoby,
których ten codzienny pęd zdawał się omijać szerokim łukiem. Tak naprawdę
niewielu było ponad nim. Odwróciłam wzrok i zajęłam się rozplątywaniem moich
wysłużonych słuchawek, towarzyszących mi w każdej dłuższej podróży. Każdej,
takiej jak ta. Położyłam odtwarzacz mp3 na kolanach i ponownie zaczęłam się
rozglądać wokół siebie. Przede mną dziewczyna ze związanymi, jasnymi,
skręconymi włosami przeglądała jakieś notatki, po drugiej stronie małżeństwo w
średnim wieku rozmawiało ze sobą przyciszonymi głosami, jednak zażarcie ze sobą
dyskutując. Za mną jakaś kobieta rozmawiała ze swoją córką, która miała ją
odebrać z dworca. Już nie mogła doczekać się tego spotkania. No i ja. Ruda
studentka, o przenikliwym, wypływającym spod kurtyny, czarnych niczym węgiel,
rzęs, spojrzeniu ciemnych oczu. To był ósmy raz. Ósmy raz jechałam, wiedząc, że
prawdopodobnie nie czeka mnie żaden komitet powitalny. Ale nie przeszkadzało mi
to. Czasem wolałam te kilka chwil pobyć zupełnie sama w tłumie obcych mi osób.
Jednakże te wyjazdy były dla mnie czymś więcej niż podróżami do stolicy tego
kraju, więcej niż spotkania z przyjaciółką, z którą za nic świecie nie chciałam
stracić kontaktu. To było jak oderwanie się od codziennej rzeczywistości,
przeniesienie się do drugiego świata, innego życia, które od czasu do czasu tam
wiodłam. Ja się nie zmieniałam, przecież wciąż byłam tą samą osobą. Ale to moje
przenikliwe spojrzenie zmieniało się wraz z otoczeniem.
Ruszyliśmy,
a ja słyszałam tę samą muzykę co zwykle, sączącą się z niewielkich czarnych
słuchawek wprost do moich uszu. Riverside- Acronym Love. To był taki mój mały fetysz.
Nieważne, czy Lublin, czy też Warszawa, zawsze kontemplowałam ten utwór na
początku podróży. Opuszczaliśmy już moje rodzinne miasto, udając się na północ.
Mijane po drodze drzewa już niemal w całości rozstały się ze swoimi barwnymi
liśćmi, zwiastując rychłe nadejście zimy. Szczerze nie cierpiałam tej białej
pory roku, ale nie to zajmowało moje myśli. Miałam jeszcze trzy godziny. Trzy
godziny nieustannej jazdy, zanim znajdę się na dworcu Metro Wilanowska i będę
mogła rozprostować swoje kości. Z głębokiego zamyślenia wyrwał mnie dźwięk
mojego telefonu. Spojrzałam na wyświetlacz i zauważyłam numer mojej
przyjaciółki, Doroty.
–
Zdecydowanie na samym początku drogi – powiedziałam zamiast klasycznego
powitania. – Spokojnie, powinnam być mniej więcej o czasie, góra kwadrans
wcześniej.
–
Zaczekasz, jeżeli się spóźnię? – zapytała.
– Jak
zawsze. – odpowiedziałam, uśmiechając się szeroko. Już nie mogłam doczekać się
tego spotkania, chociaż niczego nie mogłam być pewna. Dawno się do tego
przyzwyczaiłam.
Cała
podróż minęła mi nadzwyczaj szybko i byłam pewna jedynie tego, że zdążyłam
usłyszeć zaledwie kilka utworów, a już autobus wjeżdżał na terytorium Warszawy.
Szybkim tempem przejechaliśmy Mostem Siekierkowskim nad Wisłą, w której falach
odbijały się światła latarni i delikatna księżycowa poświata. Po chwili, wraz z
innymi pasażerami, wyszłam z pojazdu i próbowałam odszukać spojrzeniem tę
jedyną osobę, na którą tu czekałam. Wytężyłam wzrok i zauważyłam wysoką i
filigranową postać, biegnącą ku mnie od strony przystanku tramwajowego.
Uśmiechnęłam się szeroko, a już po chwili prosiłam Dorotę, żeby rozluźniła swój
uścisk, bo w przeciwnym razie będzie przytulać się nie do mnie, a do mojego
trupa.
Razem
pojechałyśmy przez pół miasta do akademika, w którym mieszkała i rozsiadłyśmy
się na łóżku. Cały wieczór upłynął nam na ciekawej rozmowie, planowałyśmy też
kolejne dni, które miałam spędzić w jej towarzystwie. Już w nocy poszłam pod
prysznic, a następnie położyłyśmy się w łóżkach. Kiedy to niewielkie lokum
spowiła nieprzenikniona ciemność, zakłócona jedynie przez gwiazdy i światełko
dźwigu z pobliskiej budowy, a my leżałyśmy w łóżkach, na nowo podjęłyśmy swoją
konwersację. W ciemnościach łatwiej było rozprawiać się z tymi trudniejszymi
kwestiami. W pewnym momencie zapadła między nami dłuższa cisza, zwiastująca
fakt, że każda zajęła się swoimi bardzo osobistymi rozważaniami.
–
Zaśpiewasz mi kołysankę? – usłyszałam nagle głos, dochodzący spod przeciwległej
ściany.
–
Czyli coś, co tygrysy lubią najbardziej. – powiedziałam nieco ciszej,
uśmiechając się. – Przecież wiesz, że tak. – dodałam i rozpoczęłam,
jednocześnie układając sobie w głowie dalszą część repertuaru.
Kiedy
tylko zorientowałam się, że Dorota usnęła, mój śpiew przerodził się w ciche
mruczenie, a po chwili nawet ono ustało, w momencie gdy sama przeniosłam się w
senną, surrealistyczną i abstrakcyjną rzeczywistość.
*
–
Myślisz, że przyjdą? – pytałam zaniepokojona, stojąc na przystanku autobusowym.
Czekałyśmy cierpliwie na jej kolegów, którzy mieli nam towarzyszyć dzisiejszego
wieczoru. Autobus do Konstancina odjeżdżał za 7 minut.
–
Nie mają wyjścia. – odpowiedziała dobitnie. – Pamiętasz jak było ostatnio. –
zakończyła, patrząc na mnie sugestywnie.
–
Pamiętam, przecież. – potwierdziłam, znów rozglądając się dookoła. – Jedyna,
ale istotna różnica polega na tym, że dzisiaj nie obchodzisz urodzin. I ja też
nie. – dokończyłam swoją wypowiedź, przewracając oczami.
Na
dwie minuty przed odjazdem autobusu, kiedy wciąż byłyśmy same, zdecydowałyśmy
zająć miejsca i ewentualnie umówić się z chłopakami, że przyjadą następnym
kursem. I mimo tego, że pogrążyłyśmy się w zajmującej rozmowie dotyczącej
spektakli improwizacji teatralnej, to nagminnie spoglądałyśmy przez okno.
Jednak
zdążyli.
Wbiegli
do pojazdu w ostatnich ułamkach sekundy przed zamknięciem drzwi.
*
Około
godziny 23, po całej serii spektakli improwizacyjnych, zaserwowanych przez
różne grupy, w tym lubelską, od której zaczęła się moja przygoda z impro,
szliśmy na przystanek, w celu powrotu do Warszawy. Wszyscy byliśmy w genialnych
humorach, zwłaszcza płeć piękna naszego towarzystwa, głównie dlatego, że w
nagrodę za niewiarygodną frekwencję na pokazach dostałyśmy za darmo koszulki z
logo grupy.
Koniec
końców wylądowaliśmy w naszym ulubionym pubie w Śródmieściu o nazwie
Grawitacja. Jak zawsze rozsiedliśmy się w wygodnych fotelach, rozpoczynając
luźną rozmowę. W miarę upływu czasu, tematy naszej konwersacji stawały się
coraz bardziej abstrakcyjne, miały też dużo mniej wspólnego z sensem i logiką.
Kończyłam pić moje czwarte, czy też piąte piwo z kolei tego wieczoru, kiedy
jednogłośnie podjęliśmy decyzję o zmianie lokalu.
–
Chodźmy nad Wisłę. – zaproponowałam spontanicznie i bez głębszego
zastanowienia, ale, o dziwo, reszta towarzystwa zaaprobowała ten pomysł.
Ruszyliśmy więc wolnym krokiem ku tej najdłuższej rzece, przepływającej przez
nasz kraj. Po pewnym czasie znaleźliśmy się niedaleko Centrum Nauki Kopernika,
a tym samym także i nieopodal Mostu Świętokrzyskiego. Patrzyłam w górę, mrużąc
oczy, oczarowana tą niezbyt skomplikowaną konstrukcją, która w nocy ukazywała
cały swój urok przypadkowym obserwatorom. Przeróżne uczucia nawiedziły mnie w
tamtym momencie, a w połączeniu z wypitym przeze mnie alkoholem, stanowiły
mieszankę wybuchową.
Zaczęłam
śpiewać, nie zwracając uwagi na obecność Michała i Pawła.
*
Skończyłam
jeden z utworów i zamknęłam oczy. Mimo wszystko wolałam teraz nie patrzeć na
ich twarze. Stałam na dużym betonowym schodku, ale zeszłam na piasek, tam,
gdzie stali moi towarzysze. Do głowy przyszła mi pewna piosenka. Lubiłam ją. I
słuchać i śpiewać. Florence
and the Machine- Cosmic Love.
Odważyłam
się.
Patrzyłam
na nich wszystkich, nie przerywając śpiewania. Nie wiem, czy wiedzieli jak
bardzo dobrze czułam się w ich towarzystwie. Dorota, która dzierżyła w ręku mój
aparat i nagrywała ten spontaniczny występ. Pamiętam, że ją o to poprosiłam w
wypadku, gdybym miała rano nie pamiętać, co robiłam i co śpiewałam. Michał,
który bądź co bądź był specyficznym człowiekiem, ale nie sposób go było nie
lubić. Nie znałam go ani długo, ani dobrze, ale potrafiłam się z nim dogadać, a
to się dla mnie liczyło najbardziej. No i Paweł. Jego znałam najkrócej, owszem
podobał mi się, ale już dawno zrezygnowałam z jakichkolwiek nadziei na nasz
ewentualny związek. Bo to nie miało prawa się udać, zwłaszcza ze względu na
fakt, że pochodził z Katowic, a większość swojego czasu spędzał w Warszawie. Ja
natomiast, mieszkałam i studiowałam w Lublinie, przyjeżdżając do stolicy ze
średnią częstotliwością raz na półtora miesiąca. Zdecydowanie za rzadko.
Przeniosłam swój nieco zamglony wzrok na jego sylwetkę.
„I took the stars from our eyes, and
then I made a map
I knew that somehow I could find my
way back
Then I heard your heart beating, you
were in the darkness too
So I stayed in the darkness with
you”
*
Jasno.
Coraz jaśniej. Zbyt jasno. Powoli powracałam ze stanu, w którym moja
podświadomość miała bardzo szerokie pole do popisu. Przekręciłam się na brzuch,
zacisnęłam powieki najmocniej, jak tylko potrafiłam i całą twarz wtuliłam w
ogromną poduszkę, pozbawiając się na moment możliwości oddychania. Po chwili
jednak zaniechałam tej praktyki i bez patrzenia na otoczenie, podniosłam się na
tyle, że byłam w stanie usiąść. Kilkoma ruchami usiłowałam przeczesać palcami
potargane włosy, ale kiedy moje wysiłki spełzły na niczym, dałam sobie spokój z
tym bezcelowym zajęciem. Oparłam głowę na kolanie i wreszcie odważyłam się na otworzenie
oczu. Rozejrzałam się pobieżnie po pomieszczeniu, w którym przyszło mi się
znaleźć. Kilka szafek, szafa, łóżko, lodówka – nic specjalnego. Z głuchym
jękiem, wydobywającym się z mojej krtani, ponownie opadłam na poduszki i
właśnie wtedy zobaczyłam małą butelkę wody mineralnej na podłodze. Chwyciłam ją
i opróżniłam kilkoma łykami, po czym wróciłam do poprzedniej pozycji.
Aczkolwiek już nie umierałam z pragnienia w aż takim stopniu.
Nie
mam zielonego pojęcia ile czasu mogło to trwać, ale w pewnym momencie poczułam
się gotowa na to, żeby wstać i pójść do łazienki. Kiedy wróciłam, Dorota już na
mnie czekała, siedząc na swoim łóżku z netbookiem na kolanach.
–
Ja ciebie błagam, tylko ty nic nie mów. – poprosiłam przyciszonym głosem,
mówiąc swoiste „dzień dobry”.
–
Ale czy ja coś mówię? – zmarszczyła tylko brwi. – Lepiej siadaj tutaj, bo
musisz to zobaczyć. – dodała, wskazując na swój komputer.
–
Ja nie wiem, czy ja chcę to widzieć. – odpowiedziałam, domyślając się, co stało
się obiektem jej zainteresowania. Albo raczej kto. Czyli ja.
Chcąc,
nie chcąc, kiedyś musiałam się zmierzyć z tym i to obejrzeć. Maksymalnie
skupiona zaczęłam wsłuchiwać się w nagrania. Nie były one, co prawda najlepszej
jakości, ale doskonale było słychać, co i jak śpiewałam, czyli jak bardzo się
upiłam.
–
Dużo jeszcze tego zostało? – zapytałam orientacyjnie. Od jakiegoś czasu nie
oglądałam, lecz wsłuchiwałam się w mój zarejestrowany występ.
–
Ostatni. Ale powinnaś otworzyć oczy. – powiedziała enigmatycznie Dorota.
Zaniepokoiło mnie to. Co takiego mogło się stać, czego nie pamiętałam, a co
było warte zobaczenia? Niedługo potem znałam już odpowiedź na to pytanie. Nie
wiem tylko, czy na moje szczęście, czy wręcz przeciwnie – na moje bardzo duże
nieszczęście.
–
Że co? – zapytałam, wciąż będąc w dużym szoku, kiedy ekran przybrał jednolity,
czarny kolor.
–
Ty poważnie nie pamiętasz tego... ekhm... incydentu?
–
No nie wiem, może coś jak przez mgłę... – zastanawiałam się. – Ale sama to bym
sobie tego raczej nie przypomniała. – oznajmiłam grobowym głosem.
–
To możesz mi podziękować, bo trochę głupio by było, gdyby się okazało, że
akurat w tym momencie masz lukę w pamięci.
–
Pozostaje pytanie, czy on pamięta fakt, że nie dał mi dokończyć, tylko rzucił
się na mnie i zaczął mnie całować. – przewróciłam oczami tak, jak robiłam to
zawsze w takich sytuacjach. Położyłam się na jej łóżku i zamknęłam oczy,
postanawiając się niczym nie przejmować. Jednak nie było mi to dane.
–
Zbieraj się. – powiedziała stanowczo, wstając.
–
Gdzie znowu? – jęknęłam, wybitnie niezadowolona z tego pomysłu. Najchętniej
przesiedziałabym pół dnia pod kołdrą w koszulce do spania, skupiając się tylko
i wyłącznie na tym, żeby jak najdłużej
mieć zamknięte oczy. Niestety, w starciu z Dorotą, byłam kompletnie bez szans. Zatem
chcąc, czy nie, musiałam podnieść moje, tak zwane kolokwialnie, cztery litery i
wyszykować się na tyle, żeby można się było bez wstydu ludziom pokazać.
Pół
godziny później byłam już gotowa. Z lekkim makijażem, ukrywającym ślady
ostatniej nocy, kręconymi rudymi włosami, spiętymi luźno tuż nad karkiem,
ubrana w dopasowane szare rurki i tunikę w kolorze intensywnej ciemnej zieleni.
–
Może być? – zapytałam niepewnie, okręcając się dookoła własnej osi. Dorota w
odpowiedzi gwizdnęła cicho.
–
Sama bym tego lepiej nie zrobiła. – dodała z uznaniem.
Aura
zdecydowanie nie zachęcała do spacerów. Duże zachmurzenie, gęsta mgła i
spadające gdzieniegdzie drobne krople deszczu skutecznie odstraszały
najbardziej wytrwałych, dlatego najszybciej jak się tylko dało, dotarłyśmy do
akademika, w którym mieszkali nasi koledzy.
Siedziałam
na łóżku w pokoju Michała, z kubkiem, wypełnionym po brzegi gorącą herbatą, w
rękach. Pogrążona we własnych myślach, nie skupiałam się na tym, co mówił
gospodarz i moja przyjaciółka. Utkwiwszy niewidzące spojrzenie w jakimś
punkcie, znajdującym się na ścianie, zdawałam się nie mieć kontaktu z
otaczającą mnie rzeczywistością.
–
A tak wygląda biolog na kacu. – nie dotarł do mnie sens tych słów. Miałam dużo
gorsze zmartwienia niż mój, dający się we znaki, kac. Chwilę później czyjaś
ręka zamajaczyła mi tuż przed oczami i na to już musiałam zareagować.
Odwróciłam wzrok od ściany i spojrzałam w kierunku właściciela owej ręki.
–
Co jest? – zapytałam zirytowana, marszcząc brwi.
–
Chcesz może piwo? – zapytał Michał.
–
Nie dzięki. – odparłam. – Wczorajsze w zupełności mi wystarczy. – wywróciłam
oczami i w tym momencie drzwi pokoju się uchyliły i wszedł Paweł. – Cześć. –
powiedziałam bez jakiegoś dużego entuzjazmu.
Po pierwsze
primo, męczył mnie kac, a po drugie, chciałam sprawdzić jego reakcję na mój
widok. To znaczy, czy tylko ja miałam lukę w pamięci, czy nie. Postanowiłam po
prostu zdać się na mój niezawodny zmysł obserwatorski. Michał wyszedł zrobić
herbatę, a Dorota ulotniła się zaraz za nim, żeby „mu pomóc”. Zostaliśmy sami.
Usiadł obok mnie i już wtedy musiałam spojrzeć mu w oczy. Pamiętał. Byłam tego
niemalże pewna. Nasze twarze znów znalazły się niebezpiecznie blisko siebie.
Dotknął ręką mojej dłoni; najpierw delikatnie przesunął po niej palcami, a
potem zamknął ją w zdecydowanym uścisku.
– Będziesz
dzisiaj śpiewać? – zapytał, dotykając swoimi wargami moich ust. Szczerze
powiedziawszy, nie potrafiłam sobie nawet przypomnieć, czy całował tak dobrze,
jak to wyglądało na tym nagraniu.
– Raczej na to
nie licz. – szepnęłam przekornie i złożyłam na jego ustach delikatny pocałunek.
– Pamiętałaś
to? – przez cały ten czas obawiałam się, że jednak zada to pytanie.
– Nawet gdyby
dane mi było nie pamiętać, to i tak Dorota to nagrała. – jakoś udało mi się
wybrnąć z tej dosyć kłopotliwej sytuacji.
– Nagrała? –
zmarszczył brwi, nie do końca rozumiejąc.
– Poprosiłam
ją o to. – mocniej ścisnęłam jego dłoń. – No wiesz, w przypadku mojego mało
kontrolowanego śpiewania. Chciałam wiedzieć, jak to wypadło. – uśmiechnęłam się
delikatnie. Wcale nie zamierzałam nagrywać żadnych takich sytuacji, po prostu
wszystko wymknęło się spod kontroli.
– Kiedy
wracasz? – diametralnie zmienił temat.
– Dzisiaj mam
autobus. – powiedziałam cicho i odwróciłam twarz w kierunku okna. Widok za
szybą w ogóle nie nastroił mnie bardziej optymistycznie, można nawet
powiedzieć, że pogorszył moje i tak kiepskie samopoczucie. Wszędzie mgła. Tylko
mgła. A oprócz mgły, to ewentualnie można było zobaczyć mgłę.
– Gdybyś
studiowała tutaj, wszystko byłoby łatwiejsze. – usłyszałam głos za swoimi
plecami.
–
Niewątpliwie. – stwierdziłam z przekąsem. – Ale nie studiuję tutaj. –
zakończyłam dobitnie. – I prawdopodobnie nigdy nie będę.
Ponownie
usiadłam na łóżku. Nie miałam zielonego pojęcia co o tym wszystkim myśleć. Z
jednej strony okazywał mi jakiekolwiek zainteresowanie, z drugiej mi mówi, że
gdybym była tutaj, w Warszawie, to wszystko byłoby łatwiejsze. Nie miałam co do
tego wątpliwości, ale czy nie powinno być tak, że bierzemy od życia to, co nam
daje, nie wybrzydzając, nie mówiąc, że coś jest za trudne? Ja zawsze tak
starałam się robić. Jeżeli miałam trudną sytuację, to z nią walczyłam.
Bo najgorszą możliwą porażką nie jest wcale
przegrana z przeciwnościami. To nie podjęcie walki w ogóle.
– Czego ty tak
naprawdę ode mnie oczekujesz? – moje pytanie zawisło w gęstym, od napiętej
atmosfery, powietrzu a odpowiedziała mi jedynie głucha cisza. Wtedy drzwi się
uchyliły, a do pokoju wróciła Dorota wraz z Michałem. Paweł wciąż stał przy
oknie, a ja siedziałam na łóżku, wpatrując się tępo w przestrzeń niewidzącym
wzrokiem. Miałam powoli tego wszystkiego dosyć. Nagle wstałam.
– Przepraszam
was wszystkich, ale muszę już iść. Nie spakowałam się, a dzisiaj wyjeżdżam. –
mówiąc dwa ostatnie słowa, niemal przewiercałam Pawła spojrzeniem. Nie
potrafiłam inaczej. – Dorota, daj mi klucze do pokoju. – zwróciłam się do
przyjaciółki, spoglądając jej w oczy. Już wiedziała, że coś jest nie tak, ale
szukała kluczy, a następnie mi je podała. – Dzięki. No, to cześć. Do zobaczenia
kiedyśtam. – rzuciłam na wydechu i skierowałam się do wyjścia. Usłyszałam
czyjeś kroki. Ktoś za mną biegł. Nie chciałam się odwrócić.
– Zaczekaj! –
na to już niestety musiałam zareagować, bo wymagała tego ode mnie kultura
osobista. Zatrzymałam się wpół kroku, powoli się odwracając.
– Czego? –
warknęłam.
– Pomogę ci.
– Niby z czym?
Uważasz, że nie potrafię sama spakować kilku swoich rzeczy?
– Nie, to nie
o to chodzi, po prostu nie skończyliśmy rozmawiać, nie sądzisz?
– Niby
dlaczego nie? Powiedziałeś już, co miałeś powiedzieć. Interesują cię łatwe
układy, nie wymagające wysiłku. W pewnym sensie zrozumiałe. Ale ze mną nigdy
nie uda ci się tego osiągnąć, to może od razu lepiej daj sobie spokój.
PS. Przynajmniej teraz będę miała motywację do tego żeby to skończyć, o ile mnie ktos tak publicznie będzie z tym ponaglał.