Okej, wiem, długo mnie tu nie było. Padam do stóp potencjalnych czytelników, błagając o wybaczenie. Trochę prywatnych zawirowań, może odrobinę zbyt mało motywacji, przede wszystkim studia - na szczęście udało mi się ostatecznie z powodzeniem obronić pracę licencjacką, chociaż przyznaję, że jeszcze tydzień przed obroną byłam pełna sceptycyzmu. Co do tekstu znajdującego się poniżej - inspiracje jak zawsze, a zadedykować ten fragment to chyba chciałam każdej osobie na świecie, bo po raz pierwszy od dawna, czytając ten tekst, najzwyczajniej w świecie się uśmiechnęłam i aż zachciało mi się pisać i to bardzo, gdyż uznałam, że mam z tego niesamowitą frajdę. Znowu. I oby trwało to jak najdłużej.
Pozostałą część wieczoru spędziłam
na uprzejmej konwersacji z pozostałymi członkami rodziny. A kiedy już wreszcie
odeszliśmy od stołu, rodzice Adama stwierdzili, że wybierają się na krótkie
odwiedziny u znajomych, więc wrócą późno. Oboje z ulgą odebraliśmy tę
deklarację, bo mieliśmy dość tej napiętej atmosfery, tworzącej się między nami,
spowodowanej troską o każdy, nawet najdrobniejszy, szczegół, dotyczący naszego
zachowania. Nikt nie mógł się domyślić, że nie w głowie nam żaden ślub.
Usiedliśmy w salonie przed
kominkiem, relaksując się przed kolejnymi, z pewnością stresującymi dniami,
które nas czekały. Po pewnym czasie tego milczenia, położyłam się na dywanie,
wciąż wpatrując się w ogień. Oboje byliśmy pogrążeni w rozmyślaniach, ale
postanowiłam przerwać tę ciszę, bo i tak wiedziałam, że myślimy o tym samym.
- Jak myślisz, uda nam się?
- Zależy co masz na myśli.
- I jedno i drugie, Adam. Po
pierwsze, czy uda nam się ich przekonać, że naprawdę jesteśmy narzeczonymi,
a po drugie, czy jak już uwierzą i dadzą
ci spokój, to czy uda się nam wywinąć od tego ślubu.
Nagle, rozmowę przerwał nam dzwonek
do drzwi.
- Spodziewasz się kogoś? – zapytałam
wprost.
- Nie, ale mam pewien pomysł, co do
tego, kto to może być. Pójdziesz otworzyć? – zapytał przymilnie, a ja w lot
pojęłam, co miał na myśli. Zmierzając ku drzwiom, rozpięłam dwa guziki swojej koszuli,
a włosy i tak miałam potargane, przez wiercenie się na dywanie. Z rozmachem
otworzyłam masywne drewniane drzwi i moim oczom ukazała się dość korpulentna
ciemna blondynka, która zmierzyła mnie spojrzeniem.
- O, nowa służąca. – mruknęła niby
pod nosem, ale doskonale to usłyszałam. Czyli to jest ta słynna Aneta, przed
którą mój przyjaciel uciekał, gdzie pieprz rośnie. Już ja ci dam służącą! –
Jest Adam? – zapytała trochę głośniej.
Prześladowcy, a więc wrogowie moich
przyjaciół są moimi wrogami. Odgarnęłam loki z czoła, ręką, na której błyszczał
pierścionek z brylantem. Odwróciłam głowę i krzyknęłam:
- Adam, kochanie! Jakaś dziewczyna
do ciebie!
Miałam tylko nadzieję, że mój
przyjaciel popisze się fantazją i muszę stwierdzić, że nie zawiodłam się ani
trochę. Kiedy pojawił się w drzwiach miał niemal całkiem rozpiętą koszulę,
ostentacyjnie poluzowany pasek od spodni, a ponadto lekko zarumienione
policzki. Objął mnie czule w talii, a dopiero potem spojrzał na nią.
- O, Aneta. Cześć. – powiedział bez
zbytniego entuzjazmu. – Widzę, że już poznałaś Ines. Jest moją narzeczoną, w
lecie się pobieramy. – po tych słowach odwrócił się do mnie i obdarzył maślanym
spojrzeniem. – Kotek, Aneta jest córką przyjaciół moich rodziców.
- Naprawdę, miło mi cię poznać. –
uśmiechnęłam się do niej, wiedząc, że dziewczę mnie jeszcze popamięta. –
Chętnie byśmy cię zaprosili do środka na herbatę, czy coś w tym stylu, ale
wiesz... byliśmy trochę zajęci. – dokończyłam, spoglądając na nią znacząco.
Zatkało ją. Spoglądała to na mnie,
to na Adama, nie wiedząc co odpowiedzieć. Ja z kolei patrzyłam na nią
wyczekująco. Po chwili zrozumiała moją niemą aluzję, bąknęła coś o tym, że
przyjdzie innym razem, a następnie odeszła. Zamknęłam za nią drzwi i odwróciłam
się do Adama.
- Jak myślisz, będzie zaglądać przez
okno? – zapytałam, choć nie do końca byłam skłonna w to uwierzyć. Byłam w
stanie dać wiarę wielu rzeczom, ale nie czemuś takiemu.
- Z pewnością. – potwierdził moje
przypuszczenia. A jednak. Widocznie nie znam się na rozpieszczonych dziewczynkach,
pochodzących z bogatych rodzin.
- No, to na co czekasz? Show must go
on. – powiedziałam, mrugając porozumiewawczo, po czym zaciągnęłam go do
oświetlonego holu, niemalże pod samo okno, po czym wpiłam się w jego usta. – Po
prostu improwizuj. – szepnęłam, a potem przywarłam do niego całym ciałem i,
poddając się jego pocałunkom, zsunęłam koszulę z jego ramion. – A teraz weź
mnie na ręce i udawaj, że niesiesz do sypialni. – podpowiedziałam mu kolejny
krok, a on spełnił moją prośbę.
Kiedy znaleźliśmy się już na piętrze,
mój przyjaciel, wciąż znajdujący się w stanie euforii, podniósł mnie i okręcił
się dookoła własnej osi, a kiedy już postanowił, że zwróci mi grunt pod nogami
i poczucie równowagi, wpił się w moje usta i powiedział:
- Dziękuję. Jesteś wielka, wiesz?
I właśnie wtedy z pokoju wyszła
Judyta, a widząc nas, tylko uniosła brwi.
- Następni się będą migdalić. –
skwitowała zaistniałą sytuację.
- Już bez przesady siostra, triumf
świętujemy.
- Jaki znowu triumf? –
zainteresowała się.
- Pierwsze starcie z kategorii Ines
– Aneta, zakończone wynikiem 1:0 dla obecnej tu tej cudownej damy, czyli mojej
narzeczonej.
- Ines, jemu odwaliło. Kompletnie. –
zwróciła się do mnie. – Ale to znaczy, że załatwiłaś naszą kochaną Anetkę
koncertowo.
- Może i tak. – stwierdziłam
spokojnie. – Ale ja się dopiero rozkręcam. – dokończyłam łobuzersko.
- Coś ty jej zrobiła?
- Otworzyłam jej będąc w takim... –
w tym momencie ukazałam jej moją postać i ubiór – stanie, potem przyszedł Adam,
wyglądając może tylko odrobinę bardziej przyzwoicie i powiedziałam, że miło mi
ją poznać i z chęcią bym zaprosiła ją na herbatę, ale byliśmy trochę zajęci.
W tym momencie siostra mojego
przyjaciela zaczęła się śmiać i przez kilka dobrych minut nie była w stanie się
uspokoić.
- Judyta, przyniesiesz z dołu moją
koszulę? – zapytał ją Adam, a ona zwróciła się wtedy do mnie:
– Tylko z szacunku dla mej
mistrzyni.
***
Pojęcia
nie mam co mnie obudziło nad ranem. Powoli otworzyłam oczy i rozejrzałam się
uważnie. Wciąż było ciemno, więc nie widziałam niemal nic. Leżałam na łóżku, a
obok mnie Adam, na szczęście w bezpiecznej odległości. Musiałam spać bardzo
niespokojnie, bo poduszka znajdowała się na podłodze, a moje kasztanowe loki
były niesamowicie potargane. Podniosłam się i przetarłam twarz rękami, podczas
kiedy mój przyjaciel wciąż pogrążony był w głębokim śnie. Nie bardzo miałam
pomysł, co ze sobą zrobić. Ale jednocześnie nie chciałam tu tkwić jak jakiś
skazaniec, czekający na stracenie. Nie miałam zbyt wielkiego wyboru, więc
zamiast kłaść się na łóżku i przekręcać z boku na bok przez najbliższe minuty
albo wręcz godziny, poszłam do łazienki, wzięłam szybki prysznic, ubrałam się i
poszłam na rekonesans okolicy.
A ta
była piękna. Wprawdzie niewiele mogłam zobaczyć, ponieważ jeszcze nawet nie
świtało, ale to w zupełności wystarczyło żebym poczuła się prawdziwie
zauroczona. Na samym początku postanowiłam zwiedzić ogród, który choć pokryty
grubą warstwą śniegu, zaskoczył mnie swoją różnorodnością. Chwilę spacerowałam
odśnieżonymi wąskimi alejkami, prowadzącymi wzdłuż niewysokich krzewów, kiedy
nagle skręciłam w miejsce, w którym rosły wiecznie zielone drzewa. W jednym
momencie poczułam się tak, jakbym znalazła się w zupełnie innej
czasoprzestrzeni. Tu, gdzie byłam, rodzice Adama byli w porządku i nie mieli
dziwnych pomysłów, a ja sama nie byłam uwikłana w chory i kłamliwy układ z
narzeczeństwem, który dotyczył mojego najbliższego przyjaciela. Jak na złość
mój wzrok spoczął na pierścionku zaręczynowym. Wolałabym żeby ręka, na którą
patrzyłam należała do kogoś innego. Ale niestety była moją ręką i nic tego nie
mogło zmienić. Zaczęłam się zastanawiać nad tym jak uniknąć ślubu. Determinacja
rodziców Adama wydawała się nie mieć sobie równych, zwłaszcza, że jeden ich syn
już się ożenił. Nawet nie wiem, czy on próbował uniknąć własnego ślubu, bo
jeżeli tak to sprawy się bardzo komplikowały. Chociaż ostatecznie mieliśmy na
to pół roku, bo data ślubu została ustalona na czerwiec. Nie, żebyśmy mieli
jakieś prawo głosu, co nie napawało ogromnym optymizmem.
Niebo
powoli zaczęło się rozjaśniać, przechodząc od czerni, poprzez granat i wszelkie
odcienie niebieskiego oraz szarości. Nie miałam pojęcia jak długo tak stałam,
oddając się rozważaniom i podziwiając gwiazdy, blednące na nieboskłonie. Z
pewnością wystarczająco długo, żeby zdążyć zmarznąć, bo kiedy postanowiłam
wrócić do domu, ręce miałam zgrabiałe i przemarznięte do szpiku kości.
Spojrzałam ostatni już raz w stronę horyzontu. Słońce powoli szykowało się do
wschodu, mogłam nawet zauważyć pierwsze jego promienie, które jednak nie
ogrzewały mnie, a co najwyżej oślepiały. Niepewnie stawiałam pierwsze kroki,
wychodząc z tego niewielkiego zagajnika, kiedy poruszona przeze mnie gałąź
zatrzęsła się, a cały spoczywający na niej śnieg spadł prosto na moją głowę.
- Cholera jasna! – krzyknęłam
głośno, nie zwracając uwagi na dość wczesną porę, jednocześnie starając się
usunąć jak najwięcej białego puchu z moich włosów, co musiało wyglądać
komicznie, ale nie dbałam o to.
Poszłam dalej, starając się nie
zwracać uwagi na fakt, że część tego śniegu znalazła się pod moim ubraniem. Co
jakiś czas wzdrygałam się z zimna, ale z każdym kolejnym krokiem wydawało mi
się, że odczuwam je coraz mniej. Po tym jak nieco oddaliłam się od posesji,
należącej do rodziców mojego narzeczonego, podążałam wzdłuż niezbyt szerokiej
drogi, która niemal w całości była pokryta niezbyt grubą warstwą śniegu,
starając się przybliżyć, do domu, w którym przyszło mi mieszkać przez kilka
najbliższych dni. Wciąż byłam pochłonięta rozważaniami na temat tego absurdalnego
ślubu i tego wszystkiego, co mnie tu czekało. Jednego byłam pewna – to, co
przyniesie przeszłość zaskoczy mnie nieraz i postawi przed dylematami, jakich
się nawet nie spodziewam.
Nagle, tuż za swoimi plecami
usłyszałam niezbyt głośny warkot, który pochodził z silnika samochodu, jadącego
tuż za mną. Nie jestem do końca pewna, czy spowodowało to wciąż przejmujące
zimno, czy moje zamyślenie, a może poziom przytomności kierowcy, ale kiedy
odwróciłam głowę, to czarne, niezbyt duże auto sunęło wzdłuż drogi z prędkością
jednostajną i wcale nie tak niską. Dosłownie w ostatniej chwili zdążyłam
uskoczyć na pobocze, przewracając się przy tym i lądując w zaspie śnieżnej.
Chwilę później zauważyłam jak koła samochodu przejeżdżają miejsce, w którym
jeszcze niedawno się znajdowałam. Pojazd wyraźnie zwolnił, a następnie się
zatrzymał. Otworzyły się drzwi i na zewnątrz pojawił się kierowca, który
zgotował mi tak mocne poranne wrażenia. Powoli podszedł do mnie i zapytał lekko
drżącym głosem, aczkolwiek nie wiem, czy drżenie to było powodowane bardzo
niską temperaturą, czy też strachem o to, że omal mnie nie zabił:
- Nic się pani nie stało?
- Nie, chyba nie. – odpowiedziałam
cicho. – Chociaż głowy za to nie dam. – ciągnęłam już głośniej, z kwaśnym
uśmiechem. Podał mi swoją rękę i pomógł wstać. Kiedy to uczynił, cały czas
bacznie mnie obserwował, ale zupełnie nie wiem dlaczego miałby to robić. Ja,
tymczasem, zdołałam pozbyć się ze swojego płaszcza tyle śniegu, ile tylko
zdołałam. Spojrzałam w jego oczy, które miały bardzo głęboką zielonobrązową
barwę, skryte były za okularami i patrzyły na mnie wyczekująco. – Chyba
wszystko w porządku. – spróbowałam się uśmiechnąć pokrzepiająco i mam wrażenie,
że nawet nieźle mi to wyszło.
- Może gdzieś panią podwieźć? –
zapytał, ewidentnie czując się winnym całego tego incydentu. Ale ja już miałam
powoli wszystkiego dosyć, chociaż dzień tak naprawdę dopiero się rozpoczął.
Chciałam jedynie już w spokoju dotrzeć do domu Adama, założyć suche ubrania i
zagrzać się przy kominku. Brak śniadania też dawał mi się we znaki.
- Nie, dziękuję. Chyba jednak się
przejdę. – odparłam.
- Ale na pewno wszystko jest w
porządku? – indagował, a ja miałam wrażenie, że swoim spojrzeniem, zaraz wypali
dziury w moim ciele.
- Tak. – zapewniłam go krótko, a
kiedy to nie wystarczyło, zmierzyłam wzrokiem jego postać i dodałam – Po prostu
ten dzień nie zaczął się zbyt dobrze.
Po tych słowach wsiadł do samochodu
i powoli odjechał. Stałam tak jeszcze przez chwilę, myśląc o tym, co się
wydarzyło, aż w końcu zrezygnowana, wolnym krokiem poszłam w stronę domu. Kiedy
po kilkunastu minutach zjawiłam się przy czarnej furtce, nacisnęłam klamkę,
weszłam, po czym skierowałam się krętą alejką w stronę drzwi wejściowych.
Kiedy weszłam do holu i zaczęłam
zdejmować mokry płaszcz i nie bardziej suche czapkę i szalik, podszedł do mnie
mój narzeczony wraz ze swoją matką.
- Ines, gdzieś ty była? – zapytał
zdenerwowany.
- Byłam przejść się po okolicy. Po
prostu obudziłam się wcześniej i wyszłam na krótki spacer. – wytłumaczyłam mu.
- Coś się stało? Masz bardzo mory
płaszcz. – stwierdziła pani domu.
- Spadło na mnie trochę śniegu. –
wyjaśniłam, ale nie jestem pewna, czy uwierzyli.
- Skoro tak, to chodź, musisz kogoś
poznać. – powiedziała już uspokojona matka Adama. Nie miałam na to jakiejś
wybitnej ochoty, ale wymagała ode mnie tego kultura osobista, więc chcąc, czy
nie, poszłam za nią do jadalni, a wraz ze mną mój narzeczony.
Kiedy wszyscy weszliśmy do
pomieszczenia, mój wzrok padł na mężczyznę siedzącego przy stole, który wciąż
nie patrzył na nas.
- Ines, to jest mój starszy brat,
Mariusz. – wyjaśnił mi Adam, a chwilę później zwrócił się do mężczyzny –
Mariusz, to jest Ines, moja narzeczona. – kiedy skończył to mówić, spojrzenia
moje i Mariusza się skrzyżowały i oboje zaniemówiliśmy na długą chwilę.
- Jesteś narzeczoną mojego brata? –
zapytał, jakby nie dowierzając swoim oczom i uszom.
- A ty bratem mojego narzeczonego? –
odcięłam się. – Każdą, którą tu przyprowadzał starałeś się zabić? – zapytałam,
kompletnie wytrącona z równowagi i nie zwracając uwagi na nikogo. Moje pytanie
zawisło w powietrzu, jak gdyby było bardzo gęstą mgłą.