sobota, 4 października 2014

Gra pozorów - część 1


Dedykuję tę historię: po pierwsze osobie, która bardzo się domagała czegoś nowego na tym blogu i miała urodziny kilka dni temu, po drugie - osobie, będącej pierwowzorem Adama, a po trzecie - osobie, z którą styczność sprawiła, że wróciłam do tej historii, wymyśliłam zakończenie i postanowiłam tu zamieścić całość.



- Chyba sobie żartujesz! - krzyknęłam zszokowana, zatrzymując się w pół kroku, patrząc przenikliwym wzrokiem na mojego przyjaciela Adama.
Mierzyłam spojrzeniem całą jego sylwetkę; od zmierzwionych blond włosów, przez zielone oczy, grafitową koszulę z podwiniętymi mankietami, jeansowe jasne spodnie, aż po czubki czarnych butów. Obok nas przechodzili inni ludzie, ale nie zwracałam na to uwagi.
    - Mówię całkiem poważnie. – rzucił mi przez ramię i ponownie zaczął iść. Starałam się podążać tuż za nim, co nawet nieźle mi wychodziło.
     - Wkręcasz mnie. – wciąż nie dawałam za wygraną. – Jak zwykle mnie wkręcasz! – sądziłam tak, bo to było bardzo w jego stylu, no i nie sądziłam, że takie rewelacje w dzisiejszym świecie mogą okazać się choć odrobinę racjonalne.
    - Ile razy mam ci powtarzać, że mówię właśnie najszczerszą prawdę? – wyartykułował tę myśl i ponownie przystanęliśmy w tłumie innych osób.
Potrzebowałam chwili, żeby się nad tym zastanowić. Znaliśmy się już od kilku lat, połączyły nas te same zainteresowania, już w liceum zdecydowaliśmy, że pójdziemy na ten sam uniwersytet i ten sam kierunek. Sądziłam, że go znam. Jego i jego rodzinę. Nawet odwiedziłam go w wakacje w domku letniskowym i nie przypuszczałam, że ktokolwiek może wysunąć wobec niego takie żądania. Dane było mi poznać dosyć dobrze charakterek Adama i muszę stwierdzić z całą stanowczością, że przenigdy nie spotkałam takiego kobieciarza. Jeżeli chciał być z jakąkolwiek dziewczyną, to z nią był. Oprócz mnie, oczywiście. Ale myślę, że taki pomysł nie zagościł w jego umyśle nawet na sekundę. Ale bardzo dobrze czułam się w jego towarzystwie, a to w zupełności mi wystarczyło, żeby się z nim zaprzyjaźnić.
Wyszliśmy z uczelni na ulicę, gdzie uderzył w nas deszcz i wiatr. Spojrzałam ku górze. Nisko wiszące, ciemne deszczowe chmury, bynajmniej nie zwiastowały zmiany pogody. Otuliłam się szczelniej ciemnym, długim płaszczem i ruszyliśmy w kierunku akademika. Wpatrywałam się tępo w popękane płytki chodnikowe, ponownie oddając się swoim rozważaniom.
    - Ines!
Poważnie, nie usłyszałam tego.
    - Ziemia do Ines! – jakaś ręka zamajaczyła mi przed oczami. Zamrugałam szybko i spojrzałam na Adama.
    - Mówiłeś coś? – zapytałam pół przytomnym głosem.
    - Tylko to, że kompletnie nie mam pojęcia jak się mam ustatkować. Jeszcze nie pora na takie głupoty.
   - Zależy co mieli na myśli z tym ustatkowaniem. No bo chyba nie ślub. – powiedziałam to i parsknęłam śmiechem, kiedy dotarła do mnie groteskowość tej wypowiedzi. Zmierzył mnie oskarżycielskim wzrokiem. – Czy ty mi właśnie próbujesz powiedzieć, że twoi rodzice każą ci wziąć ślub w tym wieku?! – jeżeli wcześniej moje oczy rozmiarem przypominały monety o nominale pięciu złotych, tak teraz mogłyby uchodzić za spodki do filiżanek.
Weszliśmy do akademika i skierowaliśmy się na schody. Miałam to szczęście, że mój pokój znajdował się na drugim piętrze. Ściany pomalowane na obrzydliwy różowy kolor wywołały we mnie grymas obrzydzenia, zbyt wyraźnie widoczny na mojej twarzy. Jakby już nie było normalnych kolorów.
    - To ja tu przeżywam rozterki życiowe, a tobie się kolor ścian nie podoba? – usłyszałam gdzieś z mojej prawej strony. Zaprosiłam tego osobnika do mojego pokoju. W pomieszczeniu zrzuciłam płaszcz, położyłam torbę na podłodze i, wcześniej sprzątając rozwaloną pościel, rzuciłam się na łóżko. Adam wziął ze mnie przykład i po chwili siedzieliśmy tam oboje, pochłaniając jakieś czekoladowe cukierki.
   - Ale jak oni to sobie wyobrażają? Że nagle przedstawisz im swoją jakże uroczą narzeczoną? Która oczywiście nie istnieje. – zakończyłam dobitnie. Może nawet trochę za bardzo.
   - Nie wiem jak sobie to wyobrażają, ale wiem, że muszę, po prostu muszę znaleźć sobie chociaż dziewczynę do Świąt.
    - Z tym nie powinno raczej być problemu. Myślę, że nawet zdołasz znaleźć ich całe tłumy, pytanie tylko która z nich zgodzi się za ciebie wyjść. – wyszczerzyłam zęby w uśmiechu, potrząsając ciemnymi lokami. – Już jej współczuję.
Adam sprawiał wrażenie jakby w ogóle nie przejmował się moimi złośliwymi uwagami. Wpatrywał się we mnie intensywnie, a ja wiedziałam, że im dłużej to robi, tym większe kłopoty to zwiastuje.
    - Ty! – wrzasnął nagle, a ja podskoczyłam do góry o dobre dziesięć centymetrów.
    - Co ja? – spytałam niepewnie, nie wiedząc czego mogę się spodziewać.
    - Ty się nadajesz na moją narzeczoną! – kontynuował rozentuzjazmowany swoim „genialnym” pomysłem.
    - Coś ciężkiego spadło ci na głowę? – spytałam ze współczuciem.
    - Nie rozumiesz? – dopytywał się, wciąż patrząc na mnie z tym niezdrowym blaskiem w oczach.
    - Eeee... nie. – odpowiedziałam stanowczo, podnosząc się i podchodząc do drzwi.
   - Ale tylko to mogłoby wypalić. Jeżeli się nie zgodzisz, skażesz mnie na dożywocie u boku Anety, córki znajomych moich rodziców. Jest nudna jak flaki z olejem...- tu zaczął kreślić coraz czarniejsze scenariusze, dotyczące jego przyszłego życia z tą, nieznaną mi, dziewczyną.
   - Wyjdź. – powiedziałam, tracąc cierpliwość i jednocześnie zaciskając dłoń na klamce.
   - Ale nie rozumiesz, że tylko to ma jakikolwiek sens? Znamy się dobrze, więc nie będzie żadnej wpadki, a związki oparte na przyjaźni są przecież trwalsze...
   - Won!!!- krzyknęłam, z hukiem otwierając drzwi.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz