niedziela, 13 lipca 2014

Warszawskie inspiracje - część 2

         Jeden rok. Jakby nie patrzeć, to jednak niezły kawałek czasu. Trochę skłania do refleksji fakt, ile może się przez tyle czasu zmienić. Dokładnie rok temu miałam nadzieję na interesujące spotkanie i ciekawą relację, a teraz, właśnie po roku, chociaż nigdy się tego nie spodziewałam, to nie chcę znać, ani pamiętać. Trochę dziwne uczucie, bo myślisz, że kogoś znasz, a ten ktoś okazuje się być zupełnie kimś innym i kiedy po takim czasie nagle pokazuje swoje prawdziwe oblicze, trudno się z tym pogodzić i zaakceptować to, że ktoś bardzo bliski pokazywał jedynie maskę, a nie prawdziwą twarz. Ale tak naprawdę najlepsze, co możesz w takiej sytuacji zrobić, to odwrócić się i pójść swoją drogą, mając głęboko zakorzenioną nadzieję, że już nigdy się nie spotkacie.

           A to druga część opowieści, zainspirowanej Warszawą, którą napisałam właśnie dzisiaj, korzystając z odrobiny natchnienia i chwili czasu.


Po wypowiedzeniu tych słów odeszłam, nie zwracając na niego uwagi, ale mimo to, towarzyszył mi przez całą drogę do akademika przyjaciółki, a kiedy znalazłam się w jej pokoju, wszedł za mną i podjął temat.
– Po prostu źle mnie zrozumiałaś. – próbował ratować sytuację, ale mnie to nie uspokoiło, a wręcz przeciwnie – potwornie zirytowało.
– Niby jak mogłam źle cię zrozumieć? Wszystko zrozumiałam bardzo doskonale. I nie chrzań mi teraz jakichś frazesów, w które powinnam uwierzyć i to z najwyższym wzruszeniem, bo i tak nie uwierzę. 
Nigdy, aż do teraz, nie sądziłam, że mogę mieć w sobie tyle jadu, który teraz wylewał się strumieniami. Zupełnie jakby ta sytuacja sprawiła, że coś we mnie pękło, coś się bezpowrotnie zmieniło, a to coś było czymś więcej niż mogłam znieść ze stoickim spokojem.
– Po prostu nie chcę żyć tak od przyjazdu do przyjazdu. – próbował mnie przekonać do swoich racji, ale to jeszcze bardziej potęgowało mój stan.
– Wiesz, co? To nie żyj. – niemal wysyczałam te słowa, patrząc mu prosto w oczy. – Tam są drzwi. – powiedziałam w ten sam sposób, wskazując odpowiedni kierunek i patrzyłam na niego, dopóki nie opuścił pomieszczenia. Dopiero wtedy poczułam ulgę i zaczerpnęłam kilka głębszych oddechów, żeby się uspokoić. Przystąpiłam do pakowania swoich rzeczy, kiedy drzwi ponownie się otworzyły i już miałam warknąć coś naprawdę nieprzyjemnego, ale kątem oka zauważyłam, że osoba, która zakłóciła mój spokój jest kobietą i ma rude włosy. 
– Co jest? – zapytała, widząc mój stan.
– Wygodnicki ciul. – warknęłam tylko. – Równie dobrze mógł zamknąć dupę i nigdy nie zaczynać tej rozmowy, na zdrowie by nam to wyszło – ciągnęłam z ogromną wściekłością, która mnie ogarnęła. Wzięłam z łóżka bluzkę i zaczęłam ją składać z zamiarem włożenia do plecaka, ale nie udało mi się to, gdyż w trakcie ogarnęła mnie kolejna fala furii i rzuciłam bluzką o ścianę najmocniej jak tylko potrafiłam i niemalże zaczęłam krzyczeć. – Koszmarna pomyłka Matki Natury, nieudolna imitacja człowieka rozumnego! – spodnie też poleciały w kierunku ściany. Wiedziałam, że to co najmniej bezsensowne, ale był to najlepszy sposób, żeby przepracować ten stan. Po chwili Dorota wyszła ze stanu osłupienia i podała mi z szafki czekoladę. Spojrzałam na nią ze zdziwieniem.
– Pomoże ci. – powiedziała spokojnie – A przynajmniej nie zaszkodzi.
Wzięłam czekoladę z jej rąk i rozpakowałam.
– Idiota. – pierwsza kostka. – Skretyniały idiota. – druga kostka. – Wygodnicki imbecyl. – trzecia kostka. A po zjedzeniu niemal całej tabliczki i po ochłonięciu powiedziałam coś zupełnie innego – W sumie to mam go gdzieś.
– I wreszcie Klara, którą znam. – powiedziała moja przyjaciółka z uśmiechem. Również się uśmiechnęłam.
– Kocham cię, wiesz Rudzielcu?

*

            I znów siedziałam w autobusie, który miał lada chwila odjechać w kierunku Lublina. Na zewnątrz wciąż panowała wszechobecna mgła, która nie pozwalała mi zobaczyć niczego, co znajdowało się w odległości większej niż 150 metrów. Aczkolwiek mogłam zobaczyć Dorotę, która przyszła mnie odprowadzić i powoli wycofywała się z tłumu ludzi, zmierzając w kierunku stacji metra. Byłam zajęta rozplątywaniem słuchawek, kiedy naszły mnie przeróżne myśli, tak niepodobne do mojej zazwyczaj racjonalnej natury. Wyciągnęłam telefon i wybrałam odpowiedni numer. Z niecierpliwością oczekiwałam chwili, aż usłyszę ten głos. Kiedy tylko ona nadeszła, wyrzuciłam z siebie wszystko, co miałam wtedy w głowie.
            – Przepraszam cię za mój wybuch, po prostu czasem tak reaguję, ale zdarza mi się to naprawdę rzadko. Gdybym studiowała tutaj, to byłaby jakaś szansa? – zapytałam, zmieniając temat.
            – No, właściwie to chyba tak, raczej tak. – odpowiedział.
            – I gdybym od przyszłego semestru zdołała załatwić sobie przeniesienie? – pytałam, chociaż mój rozum wiedział, że lubię swoje miasto i chcę studiować na tym uniwersytecie, na którym rozpoczęłam naukę.
            – Byłoby świetnie. W sumie to tak chyba byłoby najlepiej.
            Po tych słowach porozmawialiśmy jeszcze chwilę, a kiedy autobus ruszył, zakończyłam konwersację i włożyłam słuchawki do uszu. I znów Acronym Love. Wciąż rozmyślałam jeszcze nad tym wszystkim, zastanawiałam się, czy aby na pewno postąpiłam właściwie. Zamknęłam oczy, wsłuchując się w muzykę. Oczywiście, miałam mnóstwo wątpliwości, które nie dawały mi spokoju, ale postanowiłam zająć się nimi później. Po chwili otworzyłam oczy i zaczęłam się rozglądać, ale z racji tego, że jedyne co mogłam dostrzec, to mgła, ponownie przymknęłam powieki skupiając całą swoją uwagę na dźwiękach, które słyszałam. Minęło zaledwie kilka minut, a ja zdołałam się przenieść w senną rzeczywistość.

*

            Nie miałam pojęcia, ile dokładnie czasu minęło odkąd usnęłam, ale za to doskonale wiedziałam, co mnie obudziło – uczucie niepokoju i to tak przejmujące, że nie byłam w stanie go zignorować. Próbowałam powtarzać sobie w myślach, że przecież nic się nie stanie, ale to nie przynosiło żadnego rezultatu. A kiedy poczułam szarpnięcie i przez słuchawki usłyszałam ogromny huk, wiedziałam już, że kolejny raz moja intuicja nie pomyliła się ani trochę. Poczułam jak autobus przewraca się na bok, słuchawki wypadły mi z uszu i usłyszałam dźwięk rozbijanego szkła. I to są moje jedyne wspomnienia, które pamiętam z wypadku.
            Przytomność odzyskałam już, leżąc gdzieś na Szpitalnym Oddziale Ratunkowym. Otworzyłam oczy i przekręciłam głowę, żeby się trochę rozejrzeć po pomieszczeniu i wtedy obok mnie znalazł się jakiś lekarz, koło trzydziestki, o ciemnych i gęstych włosach oraz niebieskich oczach.
            – Coś panią boli? – zapytał.
            – Głowa. – odpowiedziałam z trudem, przymykając powieki.
            Lekarz zaczął mnie badać, coś mówił, ale nawet nie wiedziałam, czy do mnie, czy do kogoś innego. Po chwili zostałam posadzona na wózek inwalidzki i odwieziona przez pielęgniarkę na tomografię głowy. W sumie to takie trochę dziwne uczucie – wiedzieć, że jest się w szpitalu, ale nie mieć pojęcia w jakim mieście. Nawet nie zauważyłam kiedy badanie dobiegło końca, a ja ponownie znalazłam się na oddziale ratunkowym w towarzystwie tego samego lekarza.
            – W tomografii nie widzę jakichś poważnych zmian, ale zatrzymam panią na obserwację na noc.
            – To konieczne? – zapytałam. Nie miałam pojęcia, gdzie jestem, a musiałam jeszcze wrócić jakoś do domu.
            – Oczywiście może się pani nie zgodzić, ale zalecałbym pozostanie przez noc w szpitalu.
            – Dobrze. – skapitulowałam. – A mogę się o coś zapytać? – zaraz po wypowiedzeniu tych słów dostałam nieme przyzwolenie. – Co to za miasto?
            – Warszawa. –odparł lekarz ze zdumieniem, widocznym na twarzy. – Nic pani nie pamięta z wypadku?
            – Właściwie to niewiele. Spałam, a obudziłam się tuż przed wypadkiem, a zaraz po nim straciłam przytomność. Trudno żebym coś pamiętała, panie doktorze.
            Po tej krótkiej wymianie zdań, zostałam odwieziona na Oddział Chirurgii i odzyskałam swoje rzeczy. Spojrzałam na telefon i zobaczyłam nieodebrane połączenie. Nie znałam numeru, ale postanowiłam oddzwonić. Po czterech sygnałach usłyszałam głos Michała.
            – Michał? Coś się stało, że do mnie dzwonisz?
            – Wiesz, po tym dzisiejszym, chciałem porozmawiać.
            – Ale o czym? – indagowałam. Nie sądziłam, żeby usłyszał rozmowę moją i Pawła, a zwłaszcza tę jej część, która toczyła się w pokoju Doroty.
            – Nie do końca wiem, na czym stanęły twoje relacje z Pawłem, ale uznałem, że powinnaś wiedzieć. – w tym momencie przerwał na chwilę, a ja czekałam na dalszy ciąg jego wypowiedzi. – Byłem dzisiaj ze znajomymi w kinie, a potem na mieście i widziałem Pawła... z jakąś dziewczyną.
            – Z dziewczyną? Jesteś pewien? – nie byłam w stanie uwierzyć, że mógłby być aż tak perfidny.
            – Jestem tego absolutnie pewny, inaczej bym do ciebie nie dzwonił. I wyglądało to na bardzo zażyłą znajomość, bo się całowali.
            – Co? – tylko tyle byłam w stanie powiedzieć. Szok odebrał mi mowę, ale dał łzy. Pierwsza z nich wypłynęła spod mojej powieki, znacząc ślad na policzku.
            – Przykro mi, Klara, ale uznałem, że będzie lepiej jak od razu się dowiesz.
            – No tak. Dzięki, Michał.
            Zakończyłam rozmowę. Zgadza się, rozum miał rację z tymi wątpliwościami. I to bardzo dużą rację. A poza tym, obiecałam sobie jedną rzecz.
            Nigdy, przenigdy nie będę zmieniać swoich życiowych planów, tylko po to, żeby było łatwiej. Bo życie to nie jest bajka. Życie to wojna i niewiele brakowało, żebym przegrała tę bitwę. Nie warto zmieniać życia i rezygnować z marzeń dla kogoś, kto niewiele później potrafi się odwdzięczyć w tak perfidny sposób.
Kilka łez spłynęło mi po policzku, znajdując schronienie w moich rudych włosach. Po chwili na twarzy pojawiła się ostatnia z nich – ogromna przezroczysta kropla, w której odbijało się światło majaczące na korytarzu. Cena za kolejne życiowe doświadczenie. 


PS. Ja właśnie mam tę nadzieję. Nadzieję, że już nigdy więcej się nie spotkamy. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz