Jeden rok. Jakby nie patrzeć, to jednak niezły kawałek czasu. Trochę skłania do refleksji fakt, ile może się przez tyle czasu zmienić. Dokładnie rok temu miałam nadzieję na interesujące spotkanie i ciekawą relację, a teraz, właśnie po roku, chociaż nigdy się tego nie spodziewałam, to nie chcę znać, ani pamiętać. Trochę dziwne uczucie, bo myślisz, że kogoś znasz, a ten ktoś okazuje się być zupełnie kimś innym i kiedy po takim czasie nagle pokazuje swoje prawdziwe oblicze, trudno się z tym pogodzić i zaakceptować to, że ktoś bardzo bliski pokazywał jedynie maskę, a nie prawdziwą twarz. Ale tak naprawdę najlepsze, co możesz w takiej sytuacji zrobić, to odwrócić się i pójść swoją drogą, mając głęboko zakorzenioną nadzieję, że już nigdy się nie spotkacie.
A to druga część opowieści, zainspirowanej Warszawą, którą napisałam właśnie dzisiaj, korzystając z odrobiny natchnienia i chwili czasu.
Po
wypowiedzeniu tych słów odeszłam, nie zwracając na niego uwagi, ale mimo to,
towarzyszył mi przez całą drogę do akademika przyjaciółki, a kiedy znalazłam
się w jej pokoju, wszedł za mną i podjął temat.
– Po prostu
źle mnie zrozumiałaś. – próbował ratować sytuację, ale mnie to nie uspokoiło, a
wręcz przeciwnie – potwornie zirytowało.
– Niby jak
mogłam źle cię zrozumieć? Wszystko zrozumiałam bardzo doskonale. I nie chrzań
mi teraz jakichś frazesów, w które powinnam uwierzyć i to z najwyższym
wzruszeniem, bo i tak nie uwierzę.
Nigdy, aż do
teraz, nie sądziłam, że mogę mieć w sobie tyle jadu, który teraz wylewał się
strumieniami. Zupełnie jakby ta sytuacja sprawiła, że coś we mnie pękło, coś
się bezpowrotnie zmieniło, a to coś było czymś więcej niż mogłam znieść ze
stoickim spokojem.
– Po prostu
nie chcę żyć tak od przyjazdu do przyjazdu. – próbował mnie przekonać do swoich
racji, ale to jeszcze bardziej potęgowało mój stan.
– Wiesz, co?
To nie żyj. – niemal wysyczałam te słowa, patrząc mu prosto w oczy. – Tam są
drzwi. – powiedziałam w ten sam sposób, wskazując odpowiedni kierunek i
patrzyłam na niego, dopóki nie opuścił pomieszczenia. Dopiero wtedy poczułam
ulgę i zaczerpnęłam kilka głębszych oddechów, żeby się uspokoić. Przystąpiłam
do pakowania swoich rzeczy, kiedy drzwi ponownie się otworzyły i już miałam warknąć
coś naprawdę nieprzyjemnego, ale kątem oka zauważyłam, że osoba, która
zakłóciła mój spokój jest kobietą i ma rude włosy.
– Co jest? –
zapytała, widząc mój stan.
– Wygodnicki
ciul. – warknęłam tylko. – Równie dobrze mógł zamknąć dupę i nigdy nie zaczynać
tej rozmowy, na zdrowie by nam to wyszło – ciągnęłam z ogromną wściekłością,
która mnie ogarnęła. Wzięłam z łóżka bluzkę i zaczęłam ją składać z zamiarem
włożenia do plecaka, ale nie udało mi się to, gdyż w trakcie ogarnęła mnie
kolejna fala furii i rzuciłam bluzką o ścianę najmocniej jak tylko potrafiłam i
niemalże zaczęłam krzyczeć. – Koszmarna pomyłka Matki Natury, nieudolna
imitacja człowieka rozumnego! – spodnie też poleciały w kierunku ściany.
Wiedziałam, że to co najmniej bezsensowne, ale był to najlepszy sposób, żeby
przepracować ten stan. Po chwili Dorota wyszła ze stanu osłupienia i podała mi
z szafki czekoladę. Spojrzałam na nią ze zdziwieniem.
– Pomoże ci. –
powiedziała spokojnie – A przynajmniej nie zaszkodzi.
Wzięłam
czekoladę z jej rąk i rozpakowałam.
– Idiota. –
pierwsza kostka. – Skretyniały idiota. – druga kostka. – Wygodnicki imbecyl. –
trzecia kostka. A po zjedzeniu niemal całej tabliczki i po ochłonięciu
powiedziałam coś zupełnie innego – W sumie to mam go gdzieś.
– I wreszcie
Klara, którą znam. – powiedziała moja przyjaciółka z uśmiechem. Również się
uśmiechnęłam.
– Kocham cię,
wiesz Rudzielcu?
*
I
znów siedziałam w autobusie, który miał lada chwila odjechać w kierunku
Lublina. Na zewnątrz wciąż panowała wszechobecna mgła, która nie pozwalała mi
zobaczyć niczego, co znajdowało się w odległości większej niż 150 metrów.
Aczkolwiek mogłam zobaczyć Dorotę, która przyszła mnie odprowadzić i powoli
wycofywała się z tłumu ludzi, zmierzając w kierunku stacji metra. Byłam zajęta
rozplątywaniem słuchawek, kiedy naszły mnie przeróżne myśli, tak niepodobne do
mojej zazwyczaj racjonalnej natury. Wyciągnęłam telefon i wybrałam odpowiedni
numer. Z niecierpliwością oczekiwałam chwili, aż usłyszę ten głos. Kiedy tylko
ona nadeszła, wyrzuciłam z siebie wszystko, co miałam wtedy w głowie.
–
Przepraszam cię za mój wybuch, po prostu czasem tak reaguję, ale zdarza mi się
to naprawdę rzadko. Gdybym studiowała tutaj, to byłaby jakaś szansa? –
zapytałam, zmieniając temat.
–
No, właściwie to chyba tak, raczej tak. – odpowiedział.
–
I gdybym od przyszłego semestru zdołała załatwić sobie przeniesienie? –
pytałam, chociaż mój rozum wiedział, że lubię swoje miasto i chcę studiować na
tym uniwersytecie, na którym rozpoczęłam naukę.
–
Byłoby świetnie. W sumie to tak chyba byłoby najlepiej.
Po
tych słowach porozmawialiśmy jeszcze chwilę, a kiedy autobus ruszył,
zakończyłam konwersację i włożyłam słuchawki do uszu. I znów Acronym Love.
Wciąż rozmyślałam jeszcze nad tym wszystkim, zastanawiałam się, czy aby na pewno
postąpiłam właściwie. Zamknęłam oczy, wsłuchując się w muzykę. Oczywiście,
miałam mnóstwo wątpliwości, które nie dawały mi spokoju, ale postanowiłam zająć
się nimi później. Po chwili otworzyłam oczy i zaczęłam się rozglądać, ale z
racji tego, że jedyne co mogłam dostrzec, to mgła, ponownie przymknęłam powieki
skupiając całą swoją uwagę na dźwiękach, które słyszałam. Minęło zaledwie kilka
minut, a ja zdołałam się przenieść w senną rzeczywistość.
*
Nie
miałam pojęcia, ile dokładnie czasu minęło odkąd usnęłam, ale za to doskonale
wiedziałam, co mnie obudziło – uczucie niepokoju i to tak przejmujące, że nie
byłam w stanie go zignorować. Próbowałam powtarzać sobie w myślach, że przecież
nic się nie stanie, ale to nie przynosiło żadnego rezultatu. A kiedy poczułam
szarpnięcie i przez słuchawki usłyszałam ogromny huk, wiedziałam już, że
kolejny raz moja intuicja nie pomyliła się ani trochę. Poczułam jak autobus
przewraca się na bok, słuchawki wypadły mi z uszu i usłyszałam dźwięk
rozbijanego szkła. I to są moje jedyne wspomnienia, które pamiętam z wypadku.
Przytomność
odzyskałam już, leżąc gdzieś na Szpitalnym Oddziale Ratunkowym. Otworzyłam oczy
i przekręciłam głowę, żeby się trochę rozejrzeć po pomieszczeniu i wtedy obok
mnie znalazł się jakiś lekarz, koło trzydziestki, o ciemnych i gęstych włosach
oraz niebieskich oczach.
–
Coś panią boli? – zapytał.
–
Głowa. – odpowiedziałam z trudem, przymykając powieki.
Lekarz
zaczął mnie badać, coś mówił, ale nawet nie wiedziałam, czy do mnie, czy do
kogoś innego. Po chwili zostałam posadzona na wózek inwalidzki i odwieziona
przez pielęgniarkę na tomografię głowy. W sumie to takie trochę dziwne uczucie
– wiedzieć, że jest się w szpitalu, ale nie mieć pojęcia w jakim mieście. Nawet
nie zauważyłam kiedy badanie dobiegło końca, a ja ponownie znalazłam się na
oddziale ratunkowym w towarzystwie tego samego lekarza.
–
W tomografii nie widzę jakichś poważnych zmian, ale zatrzymam panią na
obserwację na noc.
–
To konieczne? – zapytałam. Nie miałam pojęcia, gdzie jestem, a musiałam jeszcze
wrócić jakoś do domu.
–
Oczywiście może się pani nie zgodzić, ale zalecałbym pozostanie przez noc w
szpitalu.
–
Dobrze. – skapitulowałam. – A mogę się o coś zapytać? – zaraz po wypowiedzeniu
tych słów dostałam nieme przyzwolenie. – Co to za miasto?
–
Warszawa. –odparł lekarz ze zdumieniem, widocznym na twarzy. – Nic pani nie
pamięta z wypadku?
–
Właściwie to niewiele. Spałam, a obudziłam się tuż przed wypadkiem, a zaraz po
nim straciłam przytomność. Trudno żebym coś pamiętała, panie doktorze.
Po
tej krótkiej wymianie zdań, zostałam odwieziona na Oddział Chirurgii i
odzyskałam swoje rzeczy. Spojrzałam na telefon i zobaczyłam nieodebrane
połączenie. Nie znałam numeru, ale postanowiłam oddzwonić. Po czterech
sygnałach usłyszałam głos Michała.
–
Michał? Coś się stało, że do mnie dzwonisz?
–
Wiesz, po tym dzisiejszym, chciałem porozmawiać.
–
Ale o czym? – indagowałam. Nie sądziłam, żeby usłyszał rozmowę moją i Pawła, a
zwłaszcza tę jej część, która toczyła się w pokoju Doroty.
–
Nie do końca wiem, na czym stanęły twoje relacje z Pawłem, ale uznałem, że
powinnaś wiedzieć. – w tym momencie przerwał na chwilę, a ja czekałam na dalszy
ciąg jego wypowiedzi. – Byłem dzisiaj ze znajomymi w kinie, a potem na mieście
i widziałem Pawła... z jakąś dziewczyną.
–
Z dziewczyną? Jesteś pewien? – nie byłam w stanie uwierzyć, że mógłby być aż
tak perfidny.
–
Jestem tego absolutnie pewny, inaczej bym do ciebie nie dzwonił. I wyglądało to
na bardzo zażyłą znajomość, bo się całowali.
–
Co? – tylko tyle byłam w stanie powiedzieć. Szok odebrał mi mowę, ale dał łzy.
Pierwsza z nich wypłynęła spod mojej powieki, znacząc ślad na policzku.
–
Przykro mi, Klara, ale uznałem, że będzie lepiej jak od razu się dowiesz.
–
No tak. Dzięki, Michał.
Zakończyłam
rozmowę. Zgadza się, rozum miał rację z tymi wątpliwościami. I to bardzo dużą
rację. A poza tym, obiecałam sobie jedną rzecz.
Nigdy,
przenigdy nie będę zmieniać swoich życiowych planów, tylko po to, żeby było
łatwiej. Bo życie to nie jest bajka. Życie to wojna i niewiele brakowało, żebym
przegrała tę bitwę. Nie warto zmieniać życia i rezygnować z marzeń dla kogoś,
kto niewiele później potrafi się odwdzięczyć w tak perfidny sposób.
Kilka łez
spłynęło mi po policzku, znajdując schronienie w moich rudych włosach. Po
chwili na twarzy pojawiła się ostatnia z nich – ogromna przezroczysta kropla, w
której odbijało się światło majaczące na korytarzu. Cena za kolejne życiowe
doświadczenie.
PS. Ja właśnie mam tę nadzieję. Nadzieję, że już nigdy więcej się nie spotkamy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz