Przed Wami kolejna odsłona "Gry pozorów". Tę część dedykuję
wszystkim tym, którzy są moją bezpośrednią inspiracją i tym, którzy tworzą moje
inspiracje, jak również i tym, którzy kiedykolwiek zadali sobie trud
przeczytania poniższych treści.
Kilkanaście dni później stałam z nim
ramię w ramię przed bramą posesji, należącej do jego rodziców. Rozejrzałam się
wokół. Ogromny dom na wzgórzu, otoczony ogromnym żywopłotem, a wszystko to
przykryte warstwą puchatego, białego, skrzącego się w popołudniowym słońcu
śniegu. Poprawiłam czapkę, która mi się przekrzywiła. Spojrzałam na
przyjaciela, przepraszam, narzeczonego.
- Pamiętasz wszystko? – zapytał zestresowany.
Przewróciłam oczami, sądząc, że to powinno wystarczyć mu
za odpowiedź. W końcu pamięć miałam wybitnie nienaganną.
Kiedy wkroczyliśmy do domu, już
czekali na nas jego rodzice.
- Mamo, tato, to jest właśnie Ines, moja narzeczona. –
przedstawił mnie oficjalnie, a ja wyciągnęłam prawą rękę, na której widniał
pierścionek z brylantem, kupiony przez Adama w przerwie między zajęciami.
- Witam, kochani. – powiedziała jego matka, z uśmiechem na
ustach. – Pewnie chcielibyście odpocząć. Zaraz pokażę wam pokój. – Objęła mnie
ramieniem i poprowadziła w stronę obszernych drewnianych schodów. Na piętrze
otworzyła jedne drzwi. – To będzie wasza sypialnia. – oznajmiła, po czym
odwróciła się i wyszła.
Zostaliśmy sami. Rozejrzałam się po
pomieszczeniu. Łóżko ustawione w centralnym punkcie, przytłaczało resztę
pokoju... Zaraz, jedno łóżko?!
-Jedno łóżko? – wypowiedziałam to pytanie na głos, patrząc
na Adama.
- To akurat mniejsze zmartwienie.
- Co? – nie dowierzałam jego słowom.
- Jesteśmy zakleszczeni. Po lewej jest sypialnia rodziców,
po prawej mojego starszego brata, który wróci trochę później, a naprzeciwko śpi
moja młodsza siostra. Cokolwiek zrobimy, albo nie zrobimy... – zawiesił głos na
chwilę. – ...no, będzie słychać.
- To chyba pozostało nam tylko zgranie erotycznych snów. –
spojrzałam na niego wyzywająco wzrokiem, który jasno mówił: „to ty nas
wplątałeś w tę farsę, więc teraz myśl”.
Siedzieliśmy tak bez ruchu kilka minut,
aż w końcu ten moment beznadziei przerwał Adam, przysuwając się do mnie.
- O co ci chodzi? – zapytałam, odsuwając się na bezpieczną
odległość i jednocześnie marszcząc brwi. Objął mnie ramieniem.
- No co, nie przytulisz się?
- Powaliło cię? Może jeszcze mam cię obcałowywać przy
każdej okazji? – rzuciłam z ironią.
- Wiesz, ja bym się nie obraził, na pewno byłoby to bardzo
przyjemne... – powiedział z rozmarzonym wzrokiem, ale ja nigdy nie dawałam się
nabrać na te jego słodkie minki.
- Idź się leczyć! – krzyknęłam i rzuciłam w niego ogromną
poduszką, która akurat wpadła mi pod rękę. Przewrócił się na łóżko, ale
doskonale wiedziałam, że to był dopiero początek. Podniósł się, podbiegł do
mnie, i chwyciwszy w talii, rzucił na mebel. Nachylił się nade mną, a ja już
się bałam tego, co mogło mu chodzić po tej, wyglądającej na tlenioną, głowie.
Dla bezpieczeństwa ochroniłam twarz rękoma. Ale okazało się, że nie ta część
mojego ciała była jego celem. Zaczął mnie łaskotać, a moją reakcją był
histeryczny i głośny śmiech, na przemian z coraz to bardziej wyszukanymi
przekleństwami, rzucanymi w jego stronę. Podcięłam mu nogi i zwalił się na mnie
całym swoim ciężarem. Wtedy chwycił poduszkę i zakrył mi nią twarz. Próbowałam
się wyswobodzić z jego uścisku, a on usiłował mnie zniewolić, a efektem tego
był olbrzymi łoskot, który rozległ się w całym domu, kiedy oboje spadliśmy z
łóżka. Obolała, zrzuciłam go z siebie i wtedy zauważyłam, że ktoś stoi w
drzwiach. Szybko wstałam i zaczęłam doprowadzać moją szopę do stanu, w którym
można się było pokazać ludziom.
- Eee... Cześć. – powiedziała drobna blondynka, wciąż
stojąca przy drzwiach. – Judyta jestem. – kontynuowała, podchodząc do mnie. –
Jego młodsza siostra. – w tym momencie wskazała na osobę, leżącą na podłodze i
podała mi dłoń, którą uścisnęłam.
- Ja jestem Ines. Jego...
- Narzeczona, wiem. – wpadła mi w słowo Judyta. – Już ci
współczuję.
Przez moment między nami zapadła
niewymowna cisza, pełna myśli, nie do końca wyartykułowanych.
- Chociaż nie. – znów odezwała się Judyta, z przekąsem tym
razem. – Bardziej to ja współczuję Anecie.
- Dlaczego? – zapytałam głównie z ciekawości.
- Bo ona będzie na waszym przyjęciu... – rozpoczęła swoją
wypowiedź siostra Adama, a w rezultacie on sam poderwał się na równe nogi.
- Co ty gadasz?! – krzyknął, nie potrafiąc powstrzymać
swoich emocji.
- Rodzice nie do końca wiedzieli, czy kogoś ze sobą
przywieziesz, więc profilaktycznie zaprosili jej rodziców, ją i jej starszą
siostrę. Wiesz którą. – uśmiechnęła się do niego porozumiewawczo. Czegoś tu nie
rozumiałam i miałam wrażenie, że pewna część tej historii mnie ominęła.
- O co chodzi? – zapytałam marszcząc brwi. Oboje zwrócili
się w moim kierunku.
- Mariusz, nasz starszy brat miał się z nią żenić, to
znaczy tak chcieli nasi rodzice, ale znalazł sobie inną. On i Karolina też
poznali się na studiach. – wyjaśnił mi mój narzeczony.
- Aha. – mruknęłam tylko, stwierdzając w duchu z całą
mocą, że ta cała farsa z narzeczeństwem i ślubem podobała mi się coraz mniej.
- A ona wie o istnieniu Ines? – zapytał Adam swojej
siostry.
- Z tego co wiem, to nie. Może to i lepiej, bo do
przyjęcia wyrwałaby sobie wszystkie włosy z głowy. – orzekła Judyta, śmiejąc
się perliście, po czym pożegnała się i wyszła.
- Polubiła cię. – zawyrokował Adam. – Wiesz, tej Anety ona
nie znosi z całego serca.
- Przynajmniej ona. – mruknęłam, zamyślona, ale mój przyjaciel
usłyszał to.
- Daj spokój. Przecież rodzicom też przypadłaś do gustu.
- Oczywiście. – moja wypowiedź wprost ociekała sarkazmem.
– Ale i tak woleliby przy twoim boku, przed ołtarzem widzieć Anetę. Zresztą,
czym ja się tak przejmuję? I tak nie zamierzam brać z tobą żadnego ślubu. –
zakończyłam i skierowałam swoje kroki do łazienki.
Musiałam ochłonąć po tym
wszystkim. Bałam się, że nie dam sobie rady z tym całym udawaniem, skoro po
niedługim czasie pobytu w rodzinnym domu przyjaciela już się zaczynam rozpadać
na kawałeczki. A przecież obiecałam mu pomoc. I wiem, że on na mnie liczy tak,
jak prawdopodobnie jeszcze nigdy na nikogo. Dlatego muszę, po prostu muszę
wziąć się w garść i się pozbierać w jedną całość. Chociaż miałam ochotę wyjść,
powiedzieć mu, że nie potrafię mu pomóc, spakować się i wrócić do swojego domu.
Tak by było najłatwiej, ale nie mogłabym potem mu spojrzeć w oczy. Doskonale
wiedziałam, że byłam jego ostatnią deską ratunku. No i był czas Świąt Bożego
Narodzenia. Okres nadziei dla przypadków klinicznie beznadziejnych. A ten
niestety zaliczał się do tej kategorii.
Wzięłam długą i odprężającą kąpiel, po
czym ubrana jedynie w czarny szlafrok, który znalazłam w łazience, wróciłam do
pokoju. Tam już czekał na mnie Adam, siedzący na łóżku z grobową miną.
- Wiesz co? – zapytał, jak tylko zamknęłam za sobą drzwi.
- Jeszcze nie. Więc...? – uniosłam brwi.
- Miałaś rację. To jakieś szaleństwo. Nie powinienem był
cię do tego namawiać. – wyrzucił z siebie na wydechu. W tym momencie zrobiło mi
się go żal. Podeszłam do niego, usiadłam i chwyciłam za ręce.
- Dam sobie radę. Teraz wiem, rozumiem, że to było jedyne
wyjście. Poza tym nie byłoby tematu, gdybyś mnie nie zrzucił z tego łóżka.
- A co jedno z drugim ma wspólnego? – zaintrygował się.
- Musiałam się porządnie walnąć w głowę. – odpowiedziałam
beztrosko, a jego jedyną reakcją był głośny śmiech. Chwilę później dołączyłam
do niego.
Kiedy ogromny ścienny zegar,
stojący w naszej sypialni wybił godzinę osiemnastą, ramię w ramię, wciąż
spoglądając na siebie niepewnie, zeszliśmy do jadalni, gdzie miała odbyć się
skromna kolacja powitalna. Na chwilę zatrzymaliśmy się przed zamkniętymi
drzwiami jadalni.
- Pamiętaj, kochasz mnie i chcesz za mnie wyjść za mąż. –
szepnął mi do ucha, przypominając o mojej misji.
- To trudne, nawet do wyobrażenia, nie mówiąc o zagraniu.
– odcięłam się, ale wiedziałam, że jestem w stanie to potraktować, niczym rolę
mojego życia.
Sama uroczystość przebiegała w raczej
spokojnej atmosferze. Jej uczestnicy prowadzili swobodną konwersację, jednak ja
nie brałam w niej udziału, bardziej trzymałam się z boku i jedynie
przysłuchiwałam się wypowiadanym słowom. W ten sposób dowiedziałam się kilku
istotnych rzeczy, które mogły mi się przydać w ciągu całego mojego pobytu w tym
miejscu. Dowiedziałam się również, że za dwa dni w posiadłości miał się zjawić
starszy brat Adama, Mariusz, a jego żona miała przyjechać później, ze względu
na rodzinne sprawy i nie wiadomo było, czy zdąży na nasze przyjęcie
zaręczynowe. No właśnie, było jeszcze przyjęcie zaręczynowe. Najpierw miała się
odbyć uroczysta kolacja, a potem tańce w ogromnym holu, po czym w kulminacyjnym
momencie całego tego zamieszania, mieliśmy znaleźć się na samym środku, gdzie
Adam miał kurtuazyjnie uklęknąć i poprosić mnie o rękę. Jeśli ktokolwiek
zapytałby mnie o zdanie w tej kwestii, to powiedziałabym, że to straszna
szopka, w której nigdy nie chciałabym wziąć udziału, ale Adam uprzedził, że
takie przyjęcia to rodzinna tradycja. Chociaż z drugiej strony, przekazanie mi
pierścionka nie było nawet uprzejme, wiec trochę kurtuazji nie zaszkodzi.
Siedziałam w pokoju w akademiku, usiłując
nauczyć się materiału na kolokwium, które miało odbyć się lada dzień. Skupiona
na tej czynności, nie usłyszałam pukania do drzwi, więc za chwilę byłam
świadkiem tego, jak mój przyjaciel wręcz wbiega do pomieszczenia, zaskakując
mnie kompletnie, po czym rzuca w moją stronę jakieś pudełeczko, które udało mi
się złapać z najwyższym trudem. Przy okazji nabiłam sobie kilka siniaków,
spadając z łóżka.
- Przymierz, bo może trzeba będzie zmniejszyć. – rzucił na
wydechu.
- Co? – zapytałam,
zajmując się rozcieraniem obolałych miejsc, nie zwracając nawet uwagi na
niewielkie, obite granatowym aksamitem, opakowanie, leżące obok mnie.
- No, pierścionek
przymierz! Bo jak trzeba będzie zmniejszyć, to muszę się z tym pospieszyć! –
podniósł lekko głos, żeby dotrzeć do mojej, lekko zamroczonej upadkiem,
świadomości. Spojrzałam na niego, niczym na kretyna, ale ręką sięgnęłam do
pudełeczka i otworzyłam je. Ku mojemu zdumieniu w środku rzeczywiście znajdował
się pierścionek ze złota z brylantowym oczkiem, które do najmniejszych nie
należało. Wciąż siedząc na podłodze, wyjęłam pierścionek i włożyłam na
serdeczny palec prawej ręki. Pasował, jak gdyby był wykonany na miarę.
- Pasuje. –
mruknęłam tylko, patrząc na niego spod oka.
- No, to
jesteśmy zaręczeni. – podsumował całą sytuację, po czym wstał i wyszedł.
Rozważanie
wspomnień pochłonęło mnie na tyle, że przestałam zauważać i słyszeć to, co się
działo wokół mnie. Otrzeźwiło mnie nagłe szturchnięcie z mojej prawej strony.
- Ines! – syknął mi Adam do
ucha, przywołując mnie do porządku. Zamrugałam kilka razy, intensywnie próbując
powrócić do rzeczywistości.
- Przepraszam. – powiedziałam do
pani domu, bo to ona patrzyła na mnie wyczekująco. – Po prostu się zamyśliłam.
– dokończyłam swoją wypowiedź, modląc się w duchu, żeby okazało się to
wystarczającym usprawiedliwieniem mojego milczenia.
- Ależ oczywiście. – zaśmiała
się pogodnie. – Pytałam, czy ci się tu podoba.
- Naturalnie. I dom, i okolica
są bardzo piękne. Muszę państwu podziękować za zaproszenie, cieszę się, że będę
mogła tu spędzić święta.
- To my się cieszymy, że
chciałaś spędzić ten czas ze swoją przyszłą rodziną. – odparł jego ojciec, a ja
już wiedziałam, że z tego ślubu, to się tak łatwo nie wywinę. Ale spróbować
nigdy nie zaszkodzi.