poniedziałek, 15 grudnia 2014

Gra pozorów - część 2

  
Przed Wami kolejna odsłona "Gry pozorów". Tę część dedykuję wszystkim tym, którzy są moją bezpośrednią inspiracją i tym, którzy tworzą moje inspiracje, jak również i tym, którzy kiedykolwiek zadali sobie trud przeczytania poniższych treści.


      Kilkanaście dni później stałam z nim ramię w ramię przed bramą posesji, należącej do jego rodziców. Rozejrzałam się wokół. Ogromny dom na wzgórzu, otoczony ogromnym żywopłotem, a wszystko to przykryte warstwą puchatego, białego, skrzącego się w popołudniowym słońcu śniegu. Poprawiłam czapkę, która mi się przekrzywiła. Spojrzałam na przyjaciela, przepraszam, narzeczonego.
   - Pamiętasz wszystko? – zapytał zestresowany.
   Przewróciłam oczami, sądząc, że to powinno wystarczyć mu za odpowiedź. W końcu pamięć miałam wybitnie nienaganną.
       Kiedy wkroczyliśmy do domu, już czekali na nas jego rodzice.
  - Mamo, tato, to jest właśnie Ines, moja narzeczona. – przedstawił mnie oficjalnie, a ja wyciągnęłam prawą rękę, na której widniał pierścionek z brylantem, kupiony przez Adama w przerwie między zajęciami.
   - Witam, kochani. – powiedziała jego matka, z uśmiechem na ustach. – Pewnie chcielibyście odpocząć. Zaraz pokażę wam pokój. – Objęła mnie ramieniem i poprowadziła w stronę obszernych drewnianych schodów. Na piętrze otworzyła jedne drzwi. – To będzie wasza sypialnia. – oznajmiła, po czym odwróciła się i wyszła.

     Zostaliśmy sami. Rozejrzałam się po pomieszczeniu. Łóżko ustawione w centralnym punkcie, przytłaczało resztę pokoju... Zaraz, jedno łóżko?!
   -Jedno łóżko? – wypowiedziałam to pytanie na głos, patrząc na Adama.
   - To akurat mniejsze zmartwienie.
   - Co? – nie dowierzałam jego słowom.
   - Jesteśmy zakleszczeni. Po lewej jest sypialnia rodziców, po prawej mojego starszego brata, który wróci trochę później, a naprzeciwko śpi moja młodsza siostra. Cokolwiek zrobimy, albo nie zrobimy... – zawiesił głos na chwilę. – ...no, będzie słychać.
   - To chyba pozostało nam tylko zgranie erotycznych snów. – spojrzałam na niego wyzywająco wzrokiem, który jasno mówił: „to ty nas wplątałeś w tę farsę, więc teraz myśl”.
      Siedzieliśmy tak bez ruchu kilka minut, aż w końcu ten moment beznadziei przerwał Adam, przysuwając się do mnie.
   - O co ci chodzi? – zapytałam, odsuwając się na bezpieczną odległość i jednocześnie marszcząc brwi. Objął mnie ramieniem.
   - No co, nie przytulisz się?
   - Powaliło cię? Może jeszcze mam cię obcałowywać przy każdej okazji? – rzuciłam z ironią.
   - Wiesz, ja bym się nie obraził, na pewno byłoby to bardzo przyjemne... – powiedział z rozmarzonym wzrokiem, ale ja nigdy nie dawałam się nabrać na te jego słodkie minki.
   - Idź się leczyć! – krzyknęłam i rzuciłam w niego ogromną poduszką, która akurat wpadła mi pod rękę. Przewrócił się na łóżko, ale doskonale wiedziałam, że to był dopiero początek. Podniósł się, podbiegł do mnie, i chwyciwszy w talii, rzucił na mebel. Nachylił się nade mną, a ja już się bałam tego, co mogło mu chodzić po tej, wyglądającej na tlenioną, głowie. Dla bezpieczeństwa ochroniłam twarz rękoma. Ale okazało się, że nie ta część mojego ciała była jego celem. Zaczął mnie łaskotać, a moją reakcją był histeryczny i głośny śmiech, na przemian z coraz to bardziej wyszukanymi przekleństwami, rzucanymi w jego stronę. Podcięłam mu nogi i zwalił się na mnie całym swoim ciężarem. Wtedy chwycił poduszkę i zakrył mi nią twarz. Próbowałam się wyswobodzić z jego uścisku, a on usiłował mnie zniewolić, a efektem tego był olbrzymi łoskot, który rozległ się w całym domu, kiedy oboje spadliśmy z łóżka. Obolała, zrzuciłam go z siebie i wtedy zauważyłam, że ktoś stoi w drzwiach. Szybko wstałam i zaczęłam doprowadzać moją szopę do stanu, w którym można się było pokazać ludziom.
   - Eee... Cześć. – powiedziała drobna blondynka, wciąż stojąca przy drzwiach. – Judyta jestem. – kontynuowała, podchodząc do mnie. – Jego młodsza siostra. – w tym momencie wskazała na osobę, leżącą na podłodze i podała mi dłoń, którą uścisnęłam.
   - Ja jestem Ines. Jego...
   - Narzeczona, wiem. – wpadła mi w słowo Judyta. – Już ci współczuję.
       Przez moment między nami zapadła niewymowna cisza, pełna myśli, nie do końca wyartykułowanych.
   - Chociaż nie. – znów odezwała się Judyta, z przekąsem tym razem. – Bardziej to ja współczuję Anecie.
   - Dlaczego? – zapytałam głównie z ciekawości.
   - Bo ona będzie na waszym przyjęciu... – rozpoczęła swoją wypowiedź siostra Adama, a w rezultacie on sam poderwał się na równe nogi.
   - Co ty gadasz?! – krzyknął, nie potrafiąc powstrzymać swoich emocji.
  - Rodzice nie do końca wiedzieli, czy kogoś ze sobą przywieziesz, więc profilaktycznie zaprosili jej rodziców, ją i jej starszą siostrę. Wiesz którą. – uśmiechnęła się do niego porozumiewawczo. Czegoś tu nie rozumiałam i miałam wrażenie, że pewna część tej historii mnie ominęła.
   - O co chodzi? – zapytałam marszcząc brwi. Oboje zwrócili się w moim kierunku.
   - Mariusz, nasz starszy brat miał się z nią żenić, to znaczy tak chcieli nasi rodzice, ale znalazł sobie inną. On i Karolina też poznali się na studiach. – wyjaśnił mi mój narzeczony.
   - Aha. – mruknęłam tylko, stwierdzając w duchu z całą mocą, że ta cała farsa z narzeczeństwem i ślubem podobała mi się coraz mniej.
   - A ona wie o istnieniu Ines? – zapytał Adam swojej siostry.
   - Z tego co wiem, to nie. Może to i lepiej, bo do przyjęcia wyrwałaby sobie wszystkie włosy z głowy. – orzekła Judyta, śmiejąc się perliście, po czym pożegnała się i wyszła.
   - Polubiła cię. – zawyrokował Adam. – Wiesz, tej Anety ona nie znosi z całego serca.
   - Przynajmniej ona. – mruknęłam, zamyślona, ale mój przyjaciel usłyszał to.
   - Daj spokój. Przecież rodzicom też przypadłaś do gustu.
   - Oczywiście. – moja wypowiedź wprost ociekała sarkazmem. – Ale i tak woleliby przy twoim boku, przed ołtarzem widzieć Anetę. Zresztą, czym ja się tak przejmuję? I tak nie zamierzam brać z tobą żadnego ślubu. – zakończyłam i skierowałam swoje kroki do łazienki.
       Musiałam ochłonąć po tym wszystkim. Bałam się, że nie dam sobie rady z tym całym udawaniem, skoro po niedługim czasie pobytu w rodzinnym domu przyjaciela już się zaczynam rozpadać na kawałeczki. A przecież obiecałam mu pomoc. I wiem, że on na mnie liczy tak, jak prawdopodobnie jeszcze nigdy na nikogo. Dlatego muszę, po prostu muszę wziąć się w garść i się pozbierać w jedną całość. Chociaż miałam ochotę wyjść, powiedzieć mu, że nie potrafię mu pomóc, spakować się i wrócić do swojego domu. Tak by było najłatwiej, ale nie mogłabym potem mu spojrzeć w oczy. Doskonale wiedziałam, że byłam jego ostatnią deską ratunku. No i był czas Świąt Bożego Narodzenia. Okres nadziei dla przypadków klinicznie beznadziejnych. A ten niestety zaliczał się do tej kategorii.
  
      Wzięłam długą i odprężającą kąpiel, po czym ubrana jedynie w czarny szlafrok, który znalazłam w łazience, wróciłam do pokoju. Tam już czekał na mnie Adam, siedzący na łóżku z grobową miną.
   - Wiesz co? – zapytał, jak tylko zamknęłam za sobą drzwi.
   - Jeszcze nie. Więc...? – uniosłam brwi.
   - Miałaś rację. To jakieś szaleństwo. Nie powinienem był cię do tego namawiać. – wyrzucił z siebie na wydechu. W tym momencie zrobiło mi się go żal. Podeszłam do niego, usiadłam i chwyciłam za ręce.
   - Dam sobie radę. Teraz wiem, rozumiem, że to było jedyne wyjście. Poza tym nie byłoby tematu, gdybyś mnie nie zrzucił z tego łóżka.
   - A co jedno z drugim ma wspólnego? – zaintrygował się.
   - Musiałam się porządnie walnąć w głowę. – odpowiedziałam beztrosko, a jego jedyną reakcją był głośny śmiech. Chwilę później dołączyłam do niego.
        Kiedy ogromny ścienny zegar, stojący w naszej sypialni wybił godzinę osiemnastą, ramię w ramię, wciąż spoglądając na siebie niepewnie, zeszliśmy do jadalni, gdzie miała odbyć się skromna kolacja powitalna. Na chwilę zatrzymaliśmy się przed zamkniętymi drzwiami jadalni.
   - Pamiętaj, kochasz mnie i chcesz za mnie wyjść za mąż. – szepnął mi do ucha, przypominając o mojej misji.
   - To trudne, nawet do wyobrażenia, nie mówiąc o zagraniu. – odcięłam się, ale wiedziałam, że jestem w stanie to potraktować, niczym rolę mojego życia.
      Sama uroczystość przebiegała w raczej spokojnej atmosferze. Jej uczestnicy prowadzili swobodną konwersację, jednak ja nie brałam w niej udziału, bardziej trzymałam się z boku i jedynie przysłuchiwałam się wypowiadanym słowom. W ten sposób dowiedziałam się kilku istotnych rzeczy, które mogły mi się przydać w ciągu całego mojego pobytu w tym miejscu. Dowiedziałam się również, że za dwa dni w posiadłości miał się zjawić starszy brat Adama, Mariusz, a jego żona miała przyjechać później, ze względu na rodzinne sprawy i nie wiadomo było, czy zdąży na nasze przyjęcie zaręczynowe. No właśnie, było jeszcze przyjęcie zaręczynowe. Najpierw miała się odbyć uroczysta kolacja, a potem tańce w ogromnym holu, po czym w kulminacyjnym momencie całego tego zamieszania, mieliśmy znaleźć się na samym środku, gdzie Adam miał kurtuazyjnie uklęknąć i poprosić mnie o rękę. Jeśli ktokolwiek zapytałby mnie o zdanie w tej kwestii, to powiedziałabym, że to straszna szopka, w której nigdy nie chciałabym wziąć udziału, ale Adam uprzedził, że takie przyjęcia to rodzinna tradycja. Chociaż z drugiej strony, przekazanie mi pierścionka nie było nawet uprzejme, wiec trochę kurtuazji nie zaszkodzi.

     Siedziałam w pokoju w akademiku, usiłując nauczyć się materiału na kolokwium, które miało odbyć się lada dzień. Skupiona na tej czynności, nie usłyszałam pukania do drzwi, więc za chwilę byłam świadkiem tego, jak mój przyjaciel wręcz wbiega do pomieszczenia, zaskakując mnie kompletnie, po czym rzuca w moją stronę jakieś pudełeczko, które udało mi się złapać z najwyższym trudem. Przy okazji nabiłam sobie kilka siniaków, spadając z łóżka.
   - Przymierz, bo może trzeba będzie zmniejszyć. – rzucił na wydechu.
  - Co? – zapytałam, zajmując się rozcieraniem obolałych miejsc, nie zwracając nawet uwagi na niewielkie, obite granatowym aksamitem, opakowanie, leżące obok mnie.
  - No, pierścionek przymierz! Bo jak trzeba będzie zmniejszyć, to muszę się z tym pospieszyć! – podniósł lekko głos, żeby dotrzeć do mojej, lekko zamroczonej upadkiem, świadomości. Spojrzałam na niego, niczym na kretyna, ale ręką sięgnęłam do pudełeczka i otworzyłam je. Ku mojemu zdumieniu w środku rzeczywiście znajdował się pierścionek ze złota z brylantowym oczkiem, które do najmniejszych nie należało. Wciąż siedząc na podłodze, wyjęłam pierścionek i włożyłam na serdeczny palec prawej ręki. Pasował, jak gdyby był wykonany na miarę.
   - Pasuje. – mruknęłam tylko, patrząc na niego spod oka.
   - No, to jesteśmy zaręczeni. – podsumował całą sytuację, po czym wstał i wyszedł.

      Rozważanie wspomnień pochłonęło mnie na tyle, że przestałam zauważać i słyszeć to, co się działo wokół mnie. Otrzeźwiło mnie nagłe szturchnięcie z mojej prawej strony.
   - Ines! – syknął mi Adam do ucha, przywołując mnie do porządku. Zamrugałam kilka razy, intensywnie próbując powrócić do rzeczywistości.
   - Przepraszam. – powiedziałam do pani domu, bo to ona patrzyła na mnie wyczekująco. – Po prostu się zamyśliłam. – dokończyłam swoją wypowiedź, modląc się w duchu, żeby okazało się to wystarczającym usprawiedliwieniem mojego milczenia.
   - Ależ oczywiście. – zaśmiała się pogodnie. – Pytałam, czy ci się tu podoba.
   - Naturalnie. I dom, i okolica są bardzo piękne. Muszę państwu podziękować za zaproszenie, cieszę się, że będę mogła tu spędzić święta.
   - To my się cieszymy, że chciałaś spędzić ten czas ze swoją przyszłą rodziną. – odparł jego ojciec, a ja już wiedziałam, że z tego ślubu, to się tak łatwo nie wywinę. Ale spróbować nigdy nie zaszkodzi.

sobota, 4 października 2014

Gra pozorów - część 1


Dedykuję tę historię: po pierwsze osobie, która bardzo się domagała czegoś nowego na tym blogu i miała urodziny kilka dni temu, po drugie - osobie, będącej pierwowzorem Adama, a po trzecie - osobie, z którą styczność sprawiła, że wróciłam do tej historii, wymyśliłam zakończenie i postanowiłam tu zamieścić całość.



- Chyba sobie żartujesz! - krzyknęłam zszokowana, zatrzymując się w pół kroku, patrząc przenikliwym wzrokiem na mojego przyjaciela Adama.
Mierzyłam spojrzeniem całą jego sylwetkę; od zmierzwionych blond włosów, przez zielone oczy, grafitową koszulę z podwiniętymi mankietami, jeansowe jasne spodnie, aż po czubki czarnych butów. Obok nas przechodzili inni ludzie, ale nie zwracałam na to uwagi.
    - Mówię całkiem poważnie. – rzucił mi przez ramię i ponownie zaczął iść. Starałam się podążać tuż za nim, co nawet nieźle mi wychodziło.
     - Wkręcasz mnie. – wciąż nie dawałam za wygraną. – Jak zwykle mnie wkręcasz! – sądziłam tak, bo to było bardzo w jego stylu, no i nie sądziłam, że takie rewelacje w dzisiejszym świecie mogą okazać się choć odrobinę racjonalne.
    - Ile razy mam ci powtarzać, że mówię właśnie najszczerszą prawdę? – wyartykułował tę myśl i ponownie przystanęliśmy w tłumie innych osób.
Potrzebowałam chwili, żeby się nad tym zastanowić. Znaliśmy się już od kilku lat, połączyły nas te same zainteresowania, już w liceum zdecydowaliśmy, że pójdziemy na ten sam uniwersytet i ten sam kierunek. Sądziłam, że go znam. Jego i jego rodzinę. Nawet odwiedziłam go w wakacje w domku letniskowym i nie przypuszczałam, że ktokolwiek może wysunąć wobec niego takie żądania. Dane było mi poznać dosyć dobrze charakterek Adama i muszę stwierdzić z całą stanowczością, że przenigdy nie spotkałam takiego kobieciarza. Jeżeli chciał być z jakąkolwiek dziewczyną, to z nią był. Oprócz mnie, oczywiście. Ale myślę, że taki pomysł nie zagościł w jego umyśle nawet na sekundę. Ale bardzo dobrze czułam się w jego towarzystwie, a to w zupełności mi wystarczyło, żeby się z nim zaprzyjaźnić.
Wyszliśmy z uczelni na ulicę, gdzie uderzył w nas deszcz i wiatr. Spojrzałam ku górze. Nisko wiszące, ciemne deszczowe chmury, bynajmniej nie zwiastowały zmiany pogody. Otuliłam się szczelniej ciemnym, długim płaszczem i ruszyliśmy w kierunku akademika. Wpatrywałam się tępo w popękane płytki chodnikowe, ponownie oddając się swoim rozważaniom.
    - Ines!
Poważnie, nie usłyszałam tego.
    - Ziemia do Ines! – jakaś ręka zamajaczyła mi przed oczami. Zamrugałam szybko i spojrzałam na Adama.
    - Mówiłeś coś? – zapytałam pół przytomnym głosem.
    - Tylko to, że kompletnie nie mam pojęcia jak się mam ustatkować. Jeszcze nie pora na takie głupoty.
   - Zależy co mieli na myśli z tym ustatkowaniem. No bo chyba nie ślub. – powiedziałam to i parsknęłam śmiechem, kiedy dotarła do mnie groteskowość tej wypowiedzi. Zmierzył mnie oskarżycielskim wzrokiem. – Czy ty mi właśnie próbujesz powiedzieć, że twoi rodzice każą ci wziąć ślub w tym wieku?! – jeżeli wcześniej moje oczy rozmiarem przypominały monety o nominale pięciu złotych, tak teraz mogłyby uchodzić za spodki do filiżanek.
Weszliśmy do akademika i skierowaliśmy się na schody. Miałam to szczęście, że mój pokój znajdował się na drugim piętrze. Ściany pomalowane na obrzydliwy różowy kolor wywołały we mnie grymas obrzydzenia, zbyt wyraźnie widoczny na mojej twarzy. Jakby już nie było normalnych kolorów.
    - To ja tu przeżywam rozterki życiowe, a tobie się kolor ścian nie podoba? – usłyszałam gdzieś z mojej prawej strony. Zaprosiłam tego osobnika do mojego pokoju. W pomieszczeniu zrzuciłam płaszcz, położyłam torbę na podłodze i, wcześniej sprzątając rozwaloną pościel, rzuciłam się na łóżko. Adam wziął ze mnie przykład i po chwili siedzieliśmy tam oboje, pochłaniając jakieś czekoladowe cukierki.
   - Ale jak oni to sobie wyobrażają? Że nagle przedstawisz im swoją jakże uroczą narzeczoną? Która oczywiście nie istnieje. – zakończyłam dobitnie. Może nawet trochę za bardzo.
   - Nie wiem jak sobie to wyobrażają, ale wiem, że muszę, po prostu muszę znaleźć sobie chociaż dziewczynę do Świąt.
    - Z tym nie powinno raczej być problemu. Myślę, że nawet zdołasz znaleźć ich całe tłumy, pytanie tylko która z nich zgodzi się za ciebie wyjść. – wyszczerzyłam zęby w uśmiechu, potrząsając ciemnymi lokami. – Już jej współczuję.
Adam sprawiał wrażenie jakby w ogóle nie przejmował się moimi złośliwymi uwagami. Wpatrywał się we mnie intensywnie, a ja wiedziałam, że im dłużej to robi, tym większe kłopoty to zwiastuje.
    - Ty! – wrzasnął nagle, a ja podskoczyłam do góry o dobre dziesięć centymetrów.
    - Co ja? – spytałam niepewnie, nie wiedząc czego mogę się spodziewać.
    - Ty się nadajesz na moją narzeczoną! – kontynuował rozentuzjazmowany swoim „genialnym” pomysłem.
    - Coś ciężkiego spadło ci na głowę? – spytałam ze współczuciem.
    - Nie rozumiesz? – dopytywał się, wciąż patrząc na mnie z tym niezdrowym blaskiem w oczach.
    - Eeee... nie. – odpowiedziałam stanowczo, podnosząc się i podchodząc do drzwi.
   - Ale tylko to mogłoby wypalić. Jeżeli się nie zgodzisz, skażesz mnie na dożywocie u boku Anety, córki znajomych moich rodziców. Jest nudna jak flaki z olejem...- tu zaczął kreślić coraz czarniejsze scenariusze, dotyczące jego przyszłego życia z tą, nieznaną mi, dziewczyną.
   - Wyjdź. – powiedziałam, tracąc cierpliwość i jednocześnie zaciskając dłoń na klamce.
   - Ale nie rozumiesz, że tylko to ma jakikolwiek sens? Znamy się dobrze, więc nie będzie żadnej wpadki, a związki oparte na przyjaźni są przecież trwalsze...
   - Won!!!- krzyknęłam, z hukiem otwierając drzwi.


niedziela, 13 lipca 2014

Warszawskie inspiracje - część 2

         Jeden rok. Jakby nie patrzeć, to jednak niezły kawałek czasu. Trochę skłania do refleksji fakt, ile może się przez tyle czasu zmienić. Dokładnie rok temu miałam nadzieję na interesujące spotkanie i ciekawą relację, a teraz, właśnie po roku, chociaż nigdy się tego nie spodziewałam, to nie chcę znać, ani pamiętać. Trochę dziwne uczucie, bo myślisz, że kogoś znasz, a ten ktoś okazuje się być zupełnie kimś innym i kiedy po takim czasie nagle pokazuje swoje prawdziwe oblicze, trudno się z tym pogodzić i zaakceptować to, że ktoś bardzo bliski pokazywał jedynie maskę, a nie prawdziwą twarz. Ale tak naprawdę najlepsze, co możesz w takiej sytuacji zrobić, to odwrócić się i pójść swoją drogą, mając głęboko zakorzenioną nadzieję, że już nigdy się nie spotkacie.

           A to druga część opowieści, zainspirowanej Warszawą, którą napisałam właśnie dzisiaj, korzystając z odrobiny natchnienia i chwili czasu.


Po wypowiedzeniu tych słów odeszłam, nie zwracając na niego uwagi, ale mimo to, towarzyszył mi przez całą drogę do akademika przyjaciółki, a kiedy znalazłam się w jej pokoju, wszedł za mną i podjął temat.
– Po prostu źle mnie zrozumiałaś. – próbował ratować sytuację, ale mnie to nie uspokoiło, a wręcz przeciwnie – potwornie zirytowało.
– Niby jak mogłam źle cię zrozumieć? Wszystko zrozumiałam bardzo doskonale. I nie chrzań mi teraz jakichś frazesów, w które powinnam uwierzyć i to z najwyższym wzruszeniem, bo i tak nie uwierzę. 
Nigdy, aż do teraz, nie sądziłam, że mogę mieć w sobie tyle jadu, który teraz wylewał się strumieniami. Zupełnie jakby ta sytuacja sprawiła, że coś we mnie pękło, coś się bezpowrotnie zmieniło, a to coś było czymś więcej niż mogłam znieść ze stoickim spokojem.
– Po prostu nie chcę żyć tak od przyjazdu do przyjazdu. – próbował mnie przekonać do swoich racji, ale to jeszcze bardziej potęgowało mój stan.
– Wiesz, co? To nie żyj. – niemal wysyczałam te słowa, patrząc mu prosto w oczy. – Tam są drzwi. – powiedziałam w ten sam sposób, wskazując odpowiedni kierunek i patrzyłam na niego, dopóki nie opuścił pomieszczenia. Dopiero wtedy poczułam ulgę i zaczerpnęłam kilka głębszych oddechów, żeby się uspokoić. Przystąpiłam do pakowania swoich rzeczy, kiedy drzwi ponownie się otworzyły i już miałam warknąć coś naprawdę nieprzyjemnego, ale kątem oka zauważyłam, że osoba, która zakłóciła mój spokój jest kobietą i ma rude włosy. 
– Co jest? – zapytała, widząc mój stan.
– Wygodnicki ciul. – warknęłam tylko. – Równie dobrze mógł zamknąć dupę i nigdy nie zaczynać tej rozmowy, na zdrowie by nam to wyszło – ciągnęłam z ogromną wściekłością, która mnie ogarnęła. Wzięłam z łóżka bluzkę i zaczęłam ją składać z zamiarem włożenia do plecaka, ale nie udało mi się to, gdyż w trakcie ogarnęła mnie kolejna fala furii i rzuciłam bluzką o ścianę najmocniej jak tylko potrafiłam i niemalże zaczęłam krzyczeć. – Koszmarna pomyłka Matki Natury, nieudolna imitacja człowieka rozumnego! – spodnie też poleciały w kierunku ściany. Wiedziałam, że to co najmniej bezsensowne, ale był to najlepszy sposób, żeby przepracować ten stan. Po chwili Dorota wyszła ze stanu osłupienia i podała mi z szafki czekoladę. Spojrzałam na nią ze zdziwieniem.
– Pomoże ci. – powiedziała spokojnie – A przynajmniej nie zaszkodzi.
Wzięłam czekoladę z jej rąk i rozpakowałam.
– Idiota. – pierwsza kostka. – Skretyniały idiota. – druga kostka. – Wygodnicki imbecyl. – trzecia kostka. A po zjedzeniu niemal całej tabliczki i po ochłonięciu powiedziałam coś zupełnie innego – W sumie to mam go gdzieś.
– I wreszcie Klara, którą znam. – powiedziała moja przyjaciółka z uśmiechem. Również się uśmiechnęłam.
– Kocham cię, wiesz Rudzielcu?

*

            I znów siedziałam w autobusie, który miał lada chwila odjechać w kierunku Lublina. Na zewnątrz wciąż panowała wszechobecna mgła, która nie pozwalała mi zobaczyć niczego, co znajdowało się w odległości większej niż 150 metrów. Aczkolwiek mogłam zobaczyć Dorotę, która przyszła mnie odprowadzić i powoli wycofywała się z tłumu ludzi, zmierzając w kierunku stacji metra. Byłam zajęta rozplątywaniem słuchawek, kiedy naszły mnie przeróżne myśli, tak niepodobne do mojej zazwyczaj racjonalnej natury. Wyciągnęłam telefon i wybrałam odpowiedni numer. Z niecierpliwością oczekiwałam chwili, aż usłyszę ten głos. Kiedy tylko ona nadeszła, wyrzuciłam z siebie wszystko, co miałam wtedy w głowie.
            – Przepraszam cię za mój wybuch, po prostu czasem tak reaguję, ale zdarza mi się to naprawdę rzadko. Gdybym studiowała tutaj, to byłaby jakaś szansa? – zapytałam, zmieniając temat.
            – No, właściwie to chyba tak, raczej tak. – odpowiedział.
            – I gdybym od przyszłego semestru zdołała załatwić sobie przeniesienie? – pytałam, chociaż mój rozum wiedział, że lubię swoje miasto i chcę studiować na tym uniwersytecie, na którym rozpoczęłam naukę.
            – Byłoby świetnie. W sumie to tak chyba byłoby najlepiej.
            Po tych słowach porozmawialiśmy jeszcze chwilę, a kiedy autobus ruszył, zakończyłam konwersację i włożyłam słuchawki do uszu. I znów Acronym Love. Wciąż rozmyślałam jeszcze nad tym wszystkim, zastanawiałam się, czy aby na pewno postąpiłam właściwie. Zamknęłam oczy, wsłuchując się w muzykę. Oczywiście, miałam mnóstwo wątpliwości, które nie dawały mi spokoju, ale postanowiłam zająć się nimi później. Po chwili otworzyłam oczy i zaczęłam się rozglądać, ale z racji tego, że jedyne co mogłam dostrzec, to mgła, ponownie przymknęłam powieki skupiając całą swoją uwagę na dźwiękach, które słyszałam. Minęło zaledwie kilka minut, a ja zdołałam się przenieść w senną rzeczywistość.

*

            Nie miałam pojęcia, ile dokładnie czasu minęło odkąd usnęłam, ale za to doskonale wiedziałam, co mnie obudziło – uczucie niepokoju i to tak przejmujące, że nie byłam w stanie go zignorować. Próbowałam powtarzać sobie w myślach, że przecież nic się nie stanie, ale to nie przynosiło żadnego rezultatu. A kiedy poczułam szarpnięcie i przez słuchawki usłyszałam ogromny huk, wiedziałam już, że kolejny raz moja intuicja nie pomyliła się ani trochę. Poczułam jak autobus przewraca się na bok, słuchawki wypadły mi z uszu i usłyszałam dźwięk rozbijanego szkła. I to są moje jedyne wspomnienia, które pamiętam z wypadku.
            Przytomność odzyskałam już, leżąc gdzieś na Szpitalnym Oddziale Ratunkowym. Otworzyłam oczy i przekręciłam głowę, żeby się trochę rozejrzeć po pomieszczeniu i wtedy obok mnie znalazł się jakiś lekarz, koło trzydziestki, o ciemnych i gęstych włosach oraz niebieskich oczach.
            – Coś panią boli? – zapytał.
            – Głowa. – odpowiedziałam z trudem, przymykając powieki.
            Lekarz zaczął mnie badać, coś mówił, ale nawet nie wiedziałam, czy do mnie, czy do kogoś innego. Po chwili zostałam posadzona na wózek inwalidzki i odwieziona przez pielęgniarkę na tomografię głowy. W sumie to takie trochę dziwne uczucie – wiedzieć, że jest się w szpitalu, ale nie mieć pojęcia w jakim mieście. Nawet nie zauważyłam kiedy badanie dobiegło końca, a ja ponownie znalazłam się na oddziale ratunkowym w towarzystwie tego samego lekarza.
            – W tomografii nie widzę jakichś poważnych zmian, ale zatrzymam panią na obserwację na noc.
            – To konieczne? – zapytałam. Nie miałam pojęcia, gdzie jestem, a musiałam jeszcze wrócić jakoś do domu.
            – Oczywiście może się pani nie zgodzić, ale zalecałbym pozostanie przez noc w szpitalu.
            – Dobrze. – skapitulowałam. – A mogę się o coś zapytać? – zaraz po wypowiedzeniu tych słów dostałam nieme przyzwolenie. – Co to za miasto?
            – Warszawa. –odparł lekarz ze zdumieniem, widocznym na twarzy. – Nic pani nie pamięta z wypadku?
            – Właściwie to niewiele. Spałam, a obudziłam się tuż przed wypadkiem, a zaraz po nim straciłam przytomność. Trudno żebym coś pamiętała, panie doktorze.
            Po tej krótkiej wymianie zdań, zostałam odwieziona na Oddział Chirurgii i odzyskałam swoje rzeczy. Spojrzałam na telefon i zobaczyłam nieodebrane połączenie. Nie znałam numeru, ale postanowiłam oddzwonić. Po czterech sygnałach usłyszałam głos Michała.
            – Michał? Coś się stało, że do mnie dzwonisz?
            – Wiesz, po tym dzisiejszym, chciałem porozmawiać.
            – Ale o czym? – indagowałam. Nie sądziłam, żeby usłyszał rozmowę moją i Pawła, a zwłaszcza tę jej część, która toczyła się w pokoju Doroty.
            – Nie do końca wiem, na czym stanęły twoje relacje z Pawłem, ale uznałem, że powinnaś wiedzieć. – w tym momencie przerwał na chwilę, a ja czekałam na dalszy ciąg jego wypowiedzi. – Byłem dzisiaj ze znajomymi w kinie, a potem na mieście i widziałem Pawła... z jakąś dziewczyną.
            – Z dziewczyną? Jesteś pewien? – nie byłam w stanie uwierzyć, że mógłby być aż tak perfidny.
            – Jestem tego absolutnie pewny, inaczej bym do ciebie nie dzwonił. I wyglądało to na bardzo zażyłą znajomość, bo się całowali.
            – Co? – tylko tyle byłam w stanie powiedzieć. Szok odebrał mi mowę, ale dał łzy. Pierwsza z nich wypłynęła spod mojej powieki, znacząc ślad na policzku.
            – Przykro mi, Klara, ale uznałem, że będzie lepiej jak od razu się dowiesz.
            – No tak. Dzięki, Michał.
            Zakończyłam rozmowę. Zgadza się, rozum miał rację z tymi wątpliwościami. I to bardzo dużą rację. A poza tym, obiecałam sobie jedną rzecz.
            Nigdy, przenigdy nie będę zmieniać swoich życiowych planów, tylko po to, żeby było łatwiej. Bo życie to nie jest bajka. Życie to wojna i niewiele brakowało, żebym przegrała tę bitwę. Nie warto zmieniać życia i rezygnować z marzeń dla kogoś, kto niewiele później potrafi się odwdzięczyć w tak perfidny sposób.
Kilka łez spłynęło mi po policzku, znajdując schronienie w moich rudych włosach. Po chwili na twarzy pojawiła się ostatnia z nich – ogromna przezroczysta kropla, w której odbijało się światło majaczące na korytarzu. Cena za kolejne życiowe doświadczenie. 


PS. Ja właśnie mam tę nadzieję. Nadzieję, że już nigdy więcej się nie spotkamy. 

poniedziałek, 16 czerwca 2014

Warszawska inspiracja - część 1.

            Zawsze tak mam. Jak się zdenerwuję, to śpiewam na cały głos, a potem zazwyczaj piszę. Właśnie mam ten stan. I śpiewam, chociaż cisza nocna dawno już minęła. A co do pisania... ponieważ System Eliminacji Studentów Jest Aktywny, to nie napisałam niczego nowego, bo nie mam na to czasu, ale za to czepiłam się pewnego dość starego opowiadania, którego oczywiście nie skończyłam. Żeby była jasność - stare jest ono dla mnie i stare pod względem inspiracji, ale nowe dla całej reszty świata, bo do tej pory byłam jedyną osobą, która je czytała. Ale niektóre fragmenty są aktualne i to bardzo.



             16 listopada, piątek, godzina 17.10. Siedziałam już w autobusie i z rosnącą niecierpliwością czekałam, aż autobus opuści dworzec i wyruszy w kierunku Warszawy. Spoglądałam przez okno, patrząc na tych wszystkich zabieganych i zajętych ludzi. Tylko gdzieś w oddali można było dostrzec osoby, których ten codzienny pęd zdawał się omijać szerokim łukiem. Tak naprawdę niewielu było ponad nim. Odwróciłam wzrok i zajęłam się rozplątywaniem moich wysłużonych słuchawek, towarzyszących mi w każdej dłuższej podróży. Każdej, takiej jak ta. Położyłam odtwarzacz mp3 na kolanach i ponownie zaczęłam się rozglądać wokół siebie. Przede mną dziewczyna ze związanymi, jasnymi, skręconymi włosami przeglądała jakieś notatki, po drugiej stronie małżeństwo w średnim wieku rozmawiało ze sobą przyciszonymi głosami, jednak zażarcie ze sobą dyskutując. Za mną jakaś kobieta rozmawiała ze swoją córką, która miała ją odebrać z dworca. Już nie mogła doczekać się tego spotkania. No i ja. Ruda studentka, o przenikliwym, wypływającym spod kurtyny, czarnych niczym węgiel, rzęs, spojrzeniu ciemnych oczu. To był ósmy raz. Ósmy raz jechałam, wiedząc, że prawdopodobnie nie czeka mnie żaden komitet powitalny. Ale nie przeszkadzało mi to. Czasem wolałam te kilka chwil pobyć zupełnie sama w tłumie obcych mi osób. Jednakże te wyjazdy były dla mnie czymś więcej niż podróżami do stolicy tego kraju, więcej niż spotkania z przyjaciółką, z którą za nic świecie nie chciałam stracić kontaktu. To było jak oderwanie się od codziennej rzeczywistości, przeniesienie się do drugiego świata, innego życia, które od czasu do czasu tam wiodłam. Ja się nie zmieniałam, przecież wciąż byłam tą samą osobą. Ale to moje przenikliwe spojrzenie zmieniało się wraz z otoczeniem.
            Ruszyliśmy, a ja słyszałam tę samą muzykę co zwykle, sączącą się z niewielkich czarnych słuchawek wprost do moich uszu. Riverside- Acronym Love. To był taki mój mały fetysz. Nieważne, czy Lublin, czy też Warszawa, zawsze kontemplowałam ten utwór na początku podróży. Opuszczaliśmy już moje rodzinne miasto, udając się na północ. Mijane po drodze drzewa już niemal w całości rozstały się ze swoimi barwnymi liśćmi, zwiastując rychłe nadejście zimy. Szczerze nie cierpiałam tej białej pory roku, ale nie to zajmowało moje myśli. Miałam jeszcze trzy godziny. Trzy godziny nieustannej jazdy, zanim znajdę się na dworcu Metro Wilanowska i będę mogła rozprostować swoje kości. Z głębokiego zamyślenia wyrwał mnie dźwięk mojego telefonu. Spojrzałam na wyświetlacz i zauważyłam numer mojej przyjaciółki, Doroty.
      – Zdecydowanie na samym początku drogi – powiedziałam zamiast klasycznego powitania. – Spokojnie, powinnam być mniej więcej o czasie, góra kwadrans wcześniej.
            – Zaczekasz, jeżeli się spóźnię? – zapytała.
            – Jak zawsze. – odpowiedziałam, uśmiechając się szeroko. Już nie mogłam doczekać się tego spotkania, chociaż niczego nie mogłam być pewna. Dawno się do tego przyzwyczaiłam.
            Cała podróż minęła mi nadzwyczaj szybko i byłam pewna jedynie tego, że zdążyłam usłyszeć zaledwie kilka utworów, a już autobus wjeżdżał na terytorium Warszawy. Szybkim tempem przejechaliśmy Mostem Siekierkowskim nad Wisłą, w której falach odbijały się światła latarni i delikatna księżycowa poświata. Po chwili, wraz z innymi pasażerami, wyszłam z pojazdu i próbowałam odszukać spojrzeniem tę jedyną osobę, na którą tu czekałam. Wytężyłam wzrok i zauważyłam wysoką i filigranową postać, biegnącą ku mnie od strony przystanku tramwajowego. Uśmiechnęłam się szeroko, a już po chwili prosiłam Dorotę, żeby rozluźniła swój uścisk, bo w przeciwnym razie będzie przytulać się nie do mnie, a do mojego trupa.
            Razem pojechałyśmy przez pół miasta do akademika, w którym mieszkała i rozsiadłyśmy się na łóżku. Cały wieczór upłynął nam na ciekawej rozmowie, planowałyśmy też kolejne dni, które miałam spędzić w jej towarzystwie. Już w nocy poszłam pod prysznic, a następnie położyłyśmy się w łóżkach. Kiedy to niewielkie lokum spowiła nieprzenikniona ciemność, zakłócona jedynie przez gwiazdy i światełko dźwigu z pobliskiej budowy, a my leżałyśmy w łóżkach, na nowo podjęłyśmy swoją konwersację. W ciemnościach łatwiej było rozprawiać się z tymi trudniejszymi kwestiami. W pewnym momencie zapadła między nami dłuższa cisza, zwiastująca fakt, że każda zajęła się swoimi bardzo osobistymi rozważaniami.
            – Zaśpiewasz mi kołysankę? – usłyszałam nagle głos, dochodzący spod przeciwległej ściany.
         – Czyli coś, co tygrysy lubią najbardziej. – powiedziałam nieco ciszej, uśmiechając się. – Przecież wiesz, że tak. – dodałam i rozpoczęłam, jednocześnie układając sobie w głowie dalszą część repertuaru.
            Kiedy tylko zorientowałam się, że Dorota usnęła, mój śpiew przerodził się w ciche mruczenie, a po chwili nawet ono ustało, w momencie gdy sama przeniosłam się w senną, surrealistyczną i abstrakcyjną rzeczywistość.

*

            – Myślisz, że przyjdą? – pytałam zaniepokojona, stojąc na przystanku autobusowym. Czekałyśmy cierpliwie na jej kolegów, którzy mieli nam towarzyszyć dzisiejszego wieczoru. Autobus do Konstancina odjeżdżał za 7 minut.
            – Nie mają wyjścia. – odpowiedziała dobitnie. – Pamiętasz jak było ostatnio. – zakończyła, patrząc na mnie sugestywnie.
            – Pamiętam, przecież. – potwierdziłam, znów rozglądając się dookoła. – Jedyna, ale istotna różnica polega na tym, że dzisiaj nie obchodzisz urodzin. I ja też nie. – dokończyłam swoją wypowiedź, przewracając oczami.
            Na dwie minuty przed odjazdem autobusu, kiedy wciąż byłyśmy same, zdecydowałyśmy zająć miejsca i ewentualnie umówić się z chłopakami, że przyjadą następnym kursem. I mimo tego, że pogrążyłyśmy się w zajmującej rozmowie dotyczącej spektakli improwizacji teatralnej, to nagminnie spoglądałyśmy przez okno.
            Jednak zdążyli.
            Wbiegli do pojazdu w ostatnich ułamkach sekundy przed zamknięciem drzwi.

*

            Około godziny 23, po całej serii spektakli improwizacyjnych, zaserwowanych przez różne grupy, w tym lubelską, od której zaczęła się moja przygoda z impro, szliśmy na przystanek, w celu powrotu do Warszawy. Wszyscy byliśmy w genialnych humorach, zwłaszcza płeć piękna naszego towarzystwa, głównie dlatego, że w nagrodę za niewiarygodną frekwencję na pokazach dostałyśmy za darmo koszulki z logo grupy.
            Koniec końców wylądowaliśmy w naszym ulubionym pubie w Śródmieściu o nazwie Grawitacja. Jak zawsze rozsiedliśmy się w wygodnych fotelach, rozpoczynając luźną rozmowę. W miarę upływu czasu, tematy naszej konwersacji stawały się coraz bardziej abstrakcyjne, miały też dużo mniej wspólnego z sensem i logiką. Kończyłam pić moje czwarte, czy też piąte piwo z kolei tego wieczoru, kiedy jednogłośnie podjęliśmy decyzję o zmianie lokalu.
            – Chodźmy nad Wisłę. – zaproponowałam spontanicznie i bez głębszego zastanowienia, ale, o dziwo, reszta towarzystwa zaaprobowała ten pomysł. Ruszyliśmy więc wolnym krokiem ku tej najdłuższej rzece, przepływającej przez nasz kraj. Po pewnym czasie znaleźliśmy się niedaleko Centrum Nauki Kopernika, a tym samym także i nieopodal Mostu Świętokrzyskiego. Patrzyłam w górę, mrużąc oczy, oczarowana tą niezbyt skomplikowaną konstrukcją, która w nocy ukazywała cały swój urok przypadkowym obserwatorom. Przeróżne uczucia nawiedziły mnie w tamtym momencie, a w połączeniu z wypitym przeze mnie alkoholem, stanowiły mieszankę wybuchową.
            Zaczęłam śpiewać, nie zwracając uwagi na obecność Michała i Pawła.

*

            Skończyłam jeden z utworów i zamknęłam oczy. Mimo wszystko wolałam teraz nie patrzeć na ich twarze. Stałam na dużym betonowym schodku, ale zeszłam na piasek, tam, gdzie stali moi towarzysze. Do głowy przyszła mi pewna piosenka. Lubiłam ją. I słuchać i śpiewać. Florence and the Machine- Cosmic Love.
            Odważyłam się.
            Patrzyłam na nich wszystkich, nie przerywając śpiewania. Nie wiem, czy wiedzieli jak bardzo dobrze czułam się w ich towarzystwie. Dorota, która dzierżyła w ręku mój aparat i nagrywała ten spontaniczny występ. Pamiętam, że ją o to poprosiłam w wypadku, gdybym miała rano nie pamiętać, co robiłam i co śpiewałam. Michał, który bądź co bądź był specyficznym człowiekiem, ale nie sposób go było nie lubić. Nie znałam go ani długo, ani dobrze, ale potrafiłam się z nim dogadać, a to się dla mnie liczyło najbardziej. No i Paweł. Jego znałam najkrócej, owszem podobał mi się, ale już dawno zrezygnowałam z jakichkolwiek nadziei na nasz ewentualny związek. Bo to nie miało prawa się udać, zwłaszcza ze względu na fakt, że pochodził z Katowic, a większość swojego czasu spędzał w Warszawie. Ja natomiast, mieszkałam i studiowałam w Lublinie, przyjeżdżając do stolicy ze średnią częstotliwością raz na półtora miesiąca. Zdecydowanie za rzadko. Przeniosłam swój nieco zamglony wzrok na jego sylwetkę.

„I took the stars from our eyes, and then I made a map
I knew that somehow I could find my way back
Then I heard your heart beating, you were in the darkness too
So I stayed in the darkness with you”

*

            Jasno. Coraz jaśniej. Zbyt jasno. Powoli powracałam ze stanu, w którym moja podświadomość miała bardzo szerokie pole do popisu. Przekręciłam się na brzuch, zacisnęłam powieki najmocniej, jak tylko potrafiłam i całą twarz wtuliłam w ogromną poduszkę, pozbawiając się na moment możliwości oddychania. Po chwili jednak zaniechałam tej praktyki i bez patrzenia na otoczenie, podniosłam się na tyle, że byłam w stanie usiąść. Kilkoma ruchami usiłowałam przeczesać palcami potargane włosy, ale kiedy moje wysiłki spełzły na niczym, dałam sobie spokój z tym bezcelowym zajęciem. Oparłam głowę na kolanie i wreszcie odważyłam się na otworzenie oczu. Rozejrzałam się pobieżnie po pomieszczeniu, w którym przyszło mi się znaleźć. Kilka szafek, szafa, łóżko, lodówka – nic specjalnego. Z głuchym jękiem, wydobywającym się z mojej krtani, ponownie opadłam na poduszki i właśnie wtedy zobaczyłam małą butelkę wody mineralnej na podłodze. Chwyciłam ją i opróżniłam kilkoma łykami, po czym wróciłam do poprzedniej pozycji. Aczkolwiek już nie umierałam z pragnienia w aż takim stopniu.
            Nie mam zielonego pojęcia ile czasu mogło to trwać, ale w pewnym momencie poczułam się gotowa na to, żeby wstać i pójść do łazienki. Kiedy wróciłam, Dorota już na mnie czekała, siedząc na swoim łóżku z netbookiem na kolanach.
            – Ja ciebie błagam, tylko ty nic nie mów. – poprosiłam przyciszonym głosem, mówiąc swoiste „dzień dobry”.
            – Ale czy ja coś mówię? – zmarszczyła tylko brwi. – Lepiej siadaj tutaj, bo musisz to zobaczyć. – dodała, wskazując na swój komputer.
            – Ja nie wiem, czy ja chcę to widzieć. – odpowiedziałam, domyślając się, co stało się obiektem jej zainteresowania. Albo raczej kto. Czyli ja.
            Chcąc, nie chcąc, kiedyś musiałam się zmierzyć z tym i to obejrzeć. Maksymalnie skupiona zaczęłam wsłuchiwać się w nagrania. Nie były one, co prawda najlepszej jakości, ale doskonale było słychać, co i jak śpiewałam, czyli jak bardzo się upiłam.
            – Dużo jeszcze tego zostało? – zapytałam orientacyjnie. Od jakiegoś czasu nie oglądałam, lecz wsłuchiwałam się w mój zarejestrowany występ.
            – Ostatni. Ale powinnaś otworzyć oczy. – powiedziała enigmatycznie Dorota. Zaniepokoiło mnie to. Co takiego mogło się stać, czego nie pamiętałam, a co było warte zobaczenia? Niedługo potem znałam już odpowiedź na to pytanie. Nie wiem tylko, czy na moje szczęście, czy wręcz przeciwnie – na moje bardzo duże nieszczęście.
            – Że co? – zapytałam, wciąż będąc w dużym szoku, kiedy ekran przybrał jednolity, czarny kolor.
            – Ty poważnie nie pamiętasz tego... ekhm... incydentu?
            – No nie wiem, może coś jak przez mgłę... – zastanawiałam się. – Ale sama to bym sobie tego raczej nie przypomniała. – oznajmiłam grobowym głosem.
            – To możesz mi podziękować, bo trochę głupio by było, gdyby się okazało, że akurat w tym momencie masz lukę w pamięci.
            – Pozostaje pytanie, czy on pamięta fakt, że nie dał mi dokończyć, tylko rzucił się na mnie i zaczął mnie całować. – przewróciłam oczami tak, jak robiłam to zawsze w takich sytuacjach. Położyłam się na jej łóżku i zamknęłam oczy, postanawiając się niczym nie przejmować. Jednak nie było mi to dane.
            – Zbieraj się. – powiedziała stanowczo, wstając.
            – Gdzie znowu? – jęknęłam, wybitnie niezadowolona z tego pomysłu. Najchętniej przesiedziałabym pół dnia pod kołdrą w koszulce do spania, skupiając się tylko i wyłącznie  na tym, żeby jak najdłużej mieć zamknięte oczy. Niestety, w starciu z Dorotą, byłam kompletnie bez szans. Zatem chcąc, czy nie, musiałam podnieść moje, tak zwane kolokwialnie, cztery litery i wyszykować się na tyle, żeby można się było bez wstydu ludziom pokazać.
            Pół godziny później byłam już gotowa. Z lekkim makijażem, ukrywającym ślady ostatniej nocy, kręconymi rudymi włosami, spiętymi luźno tuż nad karkiem, ubrana w dopasowane szare rurki i tunikę w kolorze intensywnej ciemnej zieleni.
            – Może być? – zapytałam niepewnie, okręcając się dookoła własnej osi. Dorota w odpowiedzi gwizdnęła cicho.
            – Sama bym tego lepiej nie zrobiła. – dodała z uznaniem.
            Aura zdecydowanie nie zachęcała do spacerów. Duże zachmurzenie, gęsta mgła i spadające gdzieniegdzie drobne krople deszczu skutecznie odstraszały najbardziej wytrwałych, dlatego najszybciej jak się tylko dało, dotarłyśmy do akademika, w którym mieszkali nasi koledzy.
            Siedziałam na łóżku w pokoju Michała, z kubkiem, wypełnionym po brzegi gorącą herbatą, w rękach. Pogrążona we własnych myślach, nie skupiałam się na tym, co mówił gospodarz i moja przyjaciółka. Utkwiwszy niewidzące spojrzenie w jakimś punkcie, znajdującym się na ścianie, zdawałam się nie mieć kontaktu z otaczającą mnie rzeczywistością.
            – A tak wygląda biolog na kacu. – nie dotarł do mnie sens tych słów. Miałam dużo gorsze zmartwienia niż mój, dający się we znaki, kac. Chwilę później czyjaś ręka zamajaczyła mi tuż przed oczami i na to już musiałam zareagować. Odwróciłam wzrok od ściany i spojrzałam w kierunku właściciela owej ręki.
            – Co jest? – zapytałam zirytowana, marszcząc brwi.
            – Chcesz może piwo? – zapytał Michał.
            – Nie dzięki. – odparłam. – Wczorajsze w zupełności mi wystarczy. – wywróciłam oczami i w tym momencie drzwi pokoju się uchyliły i wszedł Paweł. – Cześć. – powiedziałam bez jakiegoś dużego entuzjazmu.
Po pierwsze primo, męczył mnie kac, a po drugie, chciałam sprawdzić jego reakcję na mój widok. To znaczy, czy tylko ja miałam lukę w pamięci, czy nie. Postanowiłam po prostu zdać się na mój niezawodny zmysł obserwatorski. Michał wyszedł zrobić herbatę, a Dorota ulotniła się zaraz za nim, żeby „mu pomóc”. Zostaliśmy sami. Usiadł obok mnie i już wtedy musiałam spojrzeć mu w oczy. Pamiętał. Byłam tego niemalże pewna. Nasze twarze znów znalazły się niebezpiecznie blisko siebie. Dotknął ręką mojej dłoni; najpierw delikatnie przesunął po niej palcami, a potem zamknął ją w zdecydowanym uścisku.
– Będziesz dzisiaj śpiewać? – zapytał, dotykając swoimi wargami moich ust. Szczerze powiedziawszy, nie potrafiłam sobie nawet przypomnieć, czy całował tak dobrze, jak to wyglądało na tym nagraniu.
– Raczej na to nie licz. – szepnęłam przekornie i złożyłam na jego ustach delikatny pocałunek.
– Pamiętałaś to? – przez cały ten czas obawiałam się, że jednak zada to pytanie.
– Nawet gdyby dane mi było nie pamiętać, to i tak Dorota to nagrała. – jakoś udało mi się wybrnąć z tej dosyć kłopotliwej sytuacji.
– Nagrała? – zmarszczył brwi, nie do końca rozumiejąc.
– Poprosiłam ją o to. – mocniej ścisnęłam jego dłoń. – No wiesz, w przypadku mojego mało kontrolowanego śpiewania. Chciałam wiedzieć, jak to wypadło. – uśmiechnęłam się delikatnie. Wcale nie zamierzałam nagrywać żadnych takich sytuacji, po prostu wszystko wymknęło się spod kontroli.
– Kiedy wracasz? – diametralnie zmienił temat.
– Dzisiaj mam autobus. – powiedziałam cicho i odwróciłam twarz w kierunku okna. Widok za szybą w ogóle nie nastroił mnie bardziej optymistycznie, można nawet powiedzieć, że pogorszył moje i tak kiepskie samopoczucie. Wszędzie mgła. Tylko mgła. A oprócz mgły, to ewentualnie można było zobaczyć mgłę.
– Gdybyś studiowała tutaj, wszystko byłoby łatwiejsze. – usłyszałam głos za swoimi plecami.
– Niewątpliwie. – stwierdziłam z przekąsem. – Ale nie studiuję tutaj. – zakończyłam dobitnie. – I prawdopodobnie nigdy nie będę.
Ponownie usiadłam na łóżku. Nie miałam zielonego pojęcia co o tym wszystkim myśleć. Z jednej strony okazywał mi jakiekolwiek zainteresowanie, z drugiej mi mówi, że gdybym była tutaj, w Warszawie, to wszystko byłoby łatwiejsze. Nie miałam co do tego wątpliwości, ale czy nie powinno być tak, że bierzemy od życia to, co nam daje, nie wybrzydzając, nie mówiąc, że coś jest za trudne? Ja zawsze tak starałam się robić. Jeżeli miałam trudną sytuację, to z nią walczyłam.
Bo najgorszą możliwą porażką nie jest wcale przegrana z przeciwnościami. To nie podjęcie walki w ogóle.
– Czego ty tak naprawdę ode mnie oczekujesz? – moje pytanie zawisło w gęstym, od napiętej atmosfery, powietrzu a odpowiedziała mi jedynie głucha cisza. Wtedy drzwi się uchyliły, a do pokoju wróciła Dorota wraz z Michałem. Paweł wciąż stał przy oknie, a ja siedziałam na łóżku, wpatrując się tępo w przestrzeń niewidzącym wzrokiem. Miałam powoli tego wszystkiego dosyć. Nagle wstałam.
– Przepraszam was wszystkich, ale muszę już iść. Nie spakowałam się, a dzisiaj wyjeżdżam. – mówiąc dwa ostatnie słowa, niemal przewiercałam Pawła spojrzeniem. Nie potrafiłam inaczej. – Dorota, daj mi klucze do pokoju. – zwróciłam się do przyjaciółki, spoglądając jej w oczy. Już wiedziała, że coś jest nie tak, ale szukała kluczy, a następnie mi je podała. – Dzięki. No, to cześć. Do zobaczenia kiedyśtam. – rzuciłam na wydechu i skierowałam się do wyjścia. Usłyszałam czyjeś kroki. Ktoś za mną biegł. Nie chciałam się odwrócić.
– Zaczekaj! – na to już niestety musiałam zareagować, bo wymagała tego ode mnie kultura osobista. Zatrzymałam się wpół kroku, powoli się odwracając.
– Czego? – warknęłam.
– Pomogę ci.
– Niby z czym? Uważasz, że nie potrafię sama spakować kilku swoich rzeczy?
– Nie, to nie o to chodzi, po prostu nie skończyliśmy rozmawiać, nie sądzisz?
– Niby dlaczego nie? Powiedziałeś już, co miałeś powiedzieć. Interesują cię łatwe układy, nie wymagające wysiłku. W pewnym sensie zrozumiałe. Ale ze mną nigdy nie uda ci się tego osiągnąć, to może od razu lepiej daj sobie spokój.

PS. Przynajmniej teraz będę miała motywację do tego żeby to skończyć, o ile mnie ktos tak publicznie będzie z tym ponaglał. 

niedziela, 15 czerwca 2014

Pierwszy

Jak w tytule - pierwszy, ale myślę, że nie ostatni. Gwoli wyjaśnienia, po co w ogóle ten blog i po co zamierzam pisać. Sporo się pozmieniało w moim życiu przez ostatni rok, pewne relacje, w których schody, schodami, schody poganiały, trudna sztuka kompromisu pomiędzy jednym a drugim końcem Polski, dużo czasu, jeszcze więcej energii i zaangażowania, więc łatwo nie było. Ale tak naprawdę, ostatnie 2 tygodnie były prawdziwą rewolucją. Wszystko postawione do góry nogami, budowanie od początku, trudności, porażki, ale przede wszystkim szukanie siebie na nowo. Jak w tytule bloga - Projekt: Ruda, więc zaczynam szukać siebie. Jeszcze raz. I od początku.

Będę pisać zarówno o życiu własnym, jak i o obserwacjach, będę zamieszczać różne opowiadania, które napisałam pod wpływem tych, czy innych myśli, bądź wydarzeń. Tak naprawdę studiuję biologię, bo ją lubię, ale gdzieś tam na dnie zawsze pozostaję pół - artystką, która kocha śpiewać, pisać, rysować, malować, fotografować, itd. Dlatego właśnie, gdzieś coś się będzie pojawiać także w tych kategoriach.

"Jestem silna, ale to nie jest powód, żebyś to wykorzystywał."

Dwa tygodnie i zaczynam wstawać i mam zamiar to zrobić.


PS. Pierwszy wpis dedykowany wszystkim tym, dzięki którym jestem właśnie w tym miejscu.